Słów kilka o… buzi

Zniszczone, pożółkłe i zepsute zęby mężczyzny

Oprócz tego, że czytam z obowiązku w pracy, czytam też dla przyjemności. I to bardzo dużo. Ściślej: słucham audiobooków, bo po iluś godzinach pracy z tekstem mam zmęczone oczy i chcę je zamknąć, a nie męczyć kolejnymi tysiącami liter.

Niestety podczas takiej „lektury” ani na chwilę nie przestaję być redaktorem i korektorem, toteż mimowolnie wyłapuję błędy. Z biegiem lat zrozumiałem, że pojawiają się one falami. Kiedyś straszyło „tak naprawdę”. Potem zadomowiło się w polszczyźnie ohydne „finalnie”. Dziś natomiast w książkach straszy… buzia.

Zniszczone, pożółkłe i zepsute zęby mężczyzny

Każdy rozsądny człowiek wie, że buzia to twarz albo usta – dziecka, chłopczyka lub dziewczynki. Czasem osoby dorosłej, jeśli ktoś chce się wyrazić pieszczotliwie.

Tymczasem w książkach straszy zupełnie nieadekwatne użycie tego słowa. Stosowane jest ono do określenia męskich ust lub twarzy dorosłych, dojrzałych kobiet. Czasem aż krzyczy, że jest nie na miejscu, np. w zdaniu:

Policjanci nic z tym nie zrobili, jedynie stali z otwartymi buziami.

Pisarki i pisarzy powinno cechować mistrzostwo w posługiwaniu się słowem, ale że artystom wolno więcej, wybaczam im, acz niechętnie. Zupełnie natomiast nie rozumiem redaktorów i korektorów płci obojga, którzy takie lapsusy przepuszczają bez refleksji i poprawienia. Im więc dedykuję ilustrującą ten wpis „buzię”, żeby sobie dobrze zapamiętali, czym ona nie jest.

A czym jest? Mama może powiedzieć do trzyletniej córeczki: „nie wkładaj paluszków do buzi”. Można powiedzieć i napisać, że buzia dziecka wyglądała na zmęczoną. Chłopak do dziewczyny może powiedzieć: „masz coś na buzi, zetrzyj to”.

A mąż do żony może powiedzieć: „rany boskie, czy ta buzia ci się nigdy nie zamyka?”, jeśli chce złagodzić swoją wypowiedź i nie użyć tak miłych określeń jak „gęba”, „morda”, „ryło” czy „japa”. Na ogół jednak dorosły człowiek, czy to kobieta, czy mężczyzna, ma usta i twarz, ale nie buzię. I o tym proszę pamiętać, drogie koleżeństwo!

Jeśli tekst ma iść do składu…

Screeh shot programu InDesign

To, że autorzy o tym nic nie wiedzą, jest zupełnie naturalne. Niewiele wie o tym jednak także zdecydowana większość redaktorów i korektorów. Ba, im się wydaje, że skoro wykonują korekty po składzie, to wiedzą ho, ho, a może i więcej. Nic z tych rzeczy. Tylko ten, kto – jak ja – jest i redaktorem, i operatorem DTP, wie naprawdę, jak wygląda droga tekstu z Worda do pliku, który trafi do drukarni lub stanie się e-bookiem. Ja też przez wiele lat o tym nie wiedziałem, dlatego dopiero dziś mogę sobie pozwolić na parę próśb i rad dla autorów, ale przede wszystkim dla poprawiających ich teksty w MS Word.

Po pierwsze – nie „składaj”

Naprawdę, jeśli piszesz lub redagujesz tekst w MS Word, zostaw skład składaczowi. Nie próbuj mu pomagać ani go wyręczać, bo może to przynieść więcej szkody niż pożytku. To oznacza przede wszystkim: nie formatuj poza niezbędne minimum. Literka wisi na końcu wiersza? Niech sobie wisi. To naprawdę nie Twoje zmartwienie, a składacz poradzi sobie ze wszystkimi takimi sierotami w tekście za pomocą ledwie paru kliknięć, bo ma do dyspozycji tzw. kody GREP oparte na wyrażeniach regularnych. To samo dotyczy np. półpauz na początku wiersza. Nie poprawiaj ich, nie ma takiej potrzeby. I na to składacz ma skuteczne, a przede wszystkim bardzo łatwe do zastosowania lekarstwo. Usuń natomiast podwójne spacje, choć składacz i tak to zweryfikuje oraz poprawi, jeśli zajdzie potrzeba. Nie martw się dzieleniem wyrazów, ono też po składzie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Zadbaj za to, żeby wielokropek to był wielokropek, a nie trzy kropki lub – o zgrozo – cztery, jak to się zdarza niektórym autorom.

Screeh shot programu InDesign

 

Po drugie: Word to nie program do składu

Niedawno miałem do czynienia z autorem, który dosłownie „złożył” swoją książkę, a właściwie album w Wordzie. Poukładał teksty i zdjęcia, a następnie oczekiwał, że przygotuję mu ten tekst tak, żeby plik Worda wysłał do drukarni. Jakież było jego zdziwienie, gdy się dowiedział, że to się tak nie odbywa…

Do drukarni trafia plik PDF wygenerowany w programie do składu, z reguły w InDesign. Tam wszystko układa się inaczej w zależności od wybranej czcionki, jej stopnia, czasem wariantu, a także interlinii oraz marginesów. Program do składu ma o wiele więcej możliwości manipulowania formą tekstu niż Word, służący do tworzenia i edytowania.

Dlatego nigdy, przenigdy nie zakładaj, że książka będzie wyglądała tak jak tekst w Wordzie, a – co za tym idzie – nie próbuj tworzyć w Wordzie książki. Twórz tekst. Jedyny wyjątek stanowi sytuacja, w której chcesz zapisać plik wordowy w PDF i w tej formie udostępniać go jako e-book.

Po trzecie – rysunki i zdjęcia

To prośba do autorów. Jeśli wysyłacie do składu tekst ilustrowany rysunkami lub zdjęciami, usuńcie grafikę z tekstu. Zdjęcia lub rysunki odpowiednio nazwane (Fot1.jpg, Rys13.jpg etc.) spakujcie w plik ZIP i w tej postaci wyślijcie operatorowi DTP. Tekst natomiast niech zawiera w odpowiednich miejscach adnotacje: Rys. 1, Fot. 13 itp.

Dlaczego? Bo składacz i tak będzie musiał te ilustracje z tekstu wyjąć, inaczej nie umieści go w programie do składu. Oczywiście, można mu to wyjęcie zlecić, ale to zajmuje czas i kosztuje. A trzeba Ci wiedzieć, że składacz i tak musi jakąś obróbkę zdjęć w Photoshopie wykonać. Nawet jeśli nie zajmuje się ich retuszem ani zmianą rozmiarów, musi wykonać kontrolę rozbarwień i konwersję do postaci nadającej się do druku. Dlatego u wielu składaczy, także u mnie, umieszczenie 1 ilustracji w tekście kosztuje kilka złotych. Jeśli jej z tekstu nie wyjmiesz, zapłacisz więcej, a skład dłużej potrwa.

Ułatwiajmy sobie pracę zamiast ją utrudniać. Wszyscy na tym skorzystają.

„Dobry słownik” a wydawnictwa poprawnościowe

Coraz większą popularność zdobywa – i to nie tylko wśród korektorów – internetowy „Dobry słownik”. Jakiś czas temu na pomysł jego założenia wpadli językoznawcy Łukasz Szałkiewicz, Sebastian Żurowski i Artur Czesak. Ci – jak sami się nazywają – trzej muszkieterowie niezmordowanie dodają do swojego słownika nowe słowa, wyrażenia i objaśnienia, czyniąc to bardzo często w opozycji do wydawnictw normatywnych, a więc powszechnie znanych słowników polszczyzny.

Fenomen „Dobrego słownika”

Jak to się stało, że w końcu i ja, człek dość konserwatywny, gdy chodzi o język polski, zacząłem regularnie zaglądać do „Dobrego słownika”, potem kupiłem minimalny, a w końcu pełny abonament?

Przesądził o tym fakt, że jako redaktor i korektor raz po raz muszę weryfikować poprawność słów i wyrażeń, czasem szukać adekwatnych określeń, a nie wszystkie są lub nie wszystkie umiem znaleźć w słownikach i internetowej poradni językowej. Im częściej zaglądałem do „Dobrego słownika”, tym regularniej znajdowałem w nim odpowiedzi na swoje wątpliwości. W końcu przeszło to w nawyk. Bo chyba największym atutem „Dobrego słownika” jest to, że powstaje on w dużej mierze na podstawie pytań użytkowników. Abonament obejmuje nie tylko dostęp do treści, ale też prawo do zadawania pytań, na które trzej muszkieterowie zobowiązują się odpowiedzieć w ciągu 48 lub nawet 24 godzin (w dni powszednie). W ten sposób także ja przyczyniłem się do rozwoju tego serwisu, bo po moich pytaniach trzej językoznawcy dodali ileś objaśnień, które teraz służą innym użytkownikom.

Norma swoje, uzus swoje

Osobliwością „Dobrego słownika” jest to, że jego autorzy bardzo często powołują się na uzus, badany głównie poprzez sprawdzanie w Narodowym Korpusie Języka Polskiego. Uzus to nic innego jak zwyczaj językowy, z tym jednak, że dostrzegany u Polaków wykształconych, a nie np. pod celą. Fakt znalezienia jakiegoś wyrażenia w NKPJ bywa więc często uzasadnieniem dla werdyktów typu „nie potępiamy” pisania tak czy inaczej.

Normą językową jest to, co można znaleźć w powszechnie znanych, „obowiązujących” słownikach. Tyle tylko, że często nie nadążają one za rzeczywistością lub je ignorują. Przykładem może być wyrażenie (kogo? co?) „ książkę”. Tak być powinno i jestem tego świadom. Tak też poprawiam teksty. Na co dzień mówię jednak „ książkę” i tak też mówi całe moje otoczenie. „Dobry słownik” skupia się bardziej na tym, jak piszą wykształceni Polacy. Owszem, niejednokrotnie sięga też do zasobów językoznawstwa (np. „bo oba rzeczowniki są tego samego rodzaju”), a najrzadziej do słowników. Bo też ze słowników panowie muszkieterowie potrafią wręcz szydzić, jak to ma miejsce w ich blogu. Wpis „7 faktów o papierowych słownikach, o których nie powie Ci wydawca” demaskuje sposób powstawania słowników, z którego wynika, że są to pozycje o dość jednak wątpliwej wartości. Jedne są przepisywane z poprzednich, inne tworzy nie ów wymieniony na kartach redakcyjnych profesor, tylko jego doktoranci, a nawet studenci, jeszcze inny podaje objaśnienia sprzeczne z kolejnym, tak że użytkownik nie wie, co jest właściwe itp.

Czy słowniki są jeszcze potrzebne

Kto dłużej posiedzi w „Dobrym słowniku”, może z czasem nabrać wątpliwości, czy korzystanie ze słowników języka polskiego, poprawnej polszczyzny, ortograficznego i innych ma w ogóle jeszcze sens.

Otóż ma, jak najbardziej. Słowniki są dla polszczyzny tym samym, co dla naszego codziennego życia kodeksy. Kodeksy, jak wiadomo, nie są w stanie unormować wszystkiego, a życie nieustannie je wyprzedza. Są jednak niezbędne, by obywatel wiedział, co mu wolno, a czego nie, a także, czym będzie się kierował sąd, rozstrzygając daną sprawę. Czy wyobrażasz sobie wyjście na ulicę przy braku Kodeksu drogowego?

Inna rzecz, że i piesi, i rowerzyści, i kierowcy nagminnie postanowienia tego kodeksu łamią. Trudno czasem wlec się pięćdziesiątką w terenie zabudowanym, gdy wokół żywej duszy. Trudno nie przejść na czerwonym przez część kilkupasmowej jezdni, gdy na horyzoncie nie ma nawet roweru, a co dopiero samochodów. I to jest nasz drogowy uzus. Gdyby jednak coś się stało, podstawą do wyrokowania będzie kodeks. I bardzo dobrze.

Kiedy pracuję nad cudzymi tekstami, posługuję się przede wszystkim słownikami – bo z tego może mnie rozliczyć dociekliwy klient. Zmieniam mu więc „tą książkę” na „tę książkę”, nie przejmując się uzusem. Coraz częściej jednak w poszukiwaniu odpowiedzi, których nie dają mi słowniki „obowiązujące”, zaglądam do dzieła trzech muszkieterów lub zadaję im pytania. Taka panuje u mnie hierarchia.  

Czyim dziełem jest uzus?

Jak już wspomniałem, autorzy „Dobrego słownika” czerpią garściami z Narodowego Korpusu Języka Polskiego, gromadzącego teksty z najrozmaitszych publikacji. Można tam niekiedy znaleźć dziwy nad dziwami. Teza, że coś jest poprawne, skoro tak piszą wykształceni Polacy w tekstach poddanych starannej korekcie, może jednak zostać łatwo podważona. Teoretycznie bowiem taka np. Manuela Gretkowska może popełnić błąd językowy. Korektor go nie poprawi – i już mamy przykład „poprawności” made by NKPJ. Tyle tylko, że błąd może być naprawdę błędem. Czemu korektor go nie poprawił? Może z jakichś powodów nie chciał, ale może też zwyczajnie go przeoczył. Tym samym czyjś błąd plus partactwo korektora może stać się elementem uzusu i to jest właśnie miejsce, w którym z autorami „Dobrego słownika” chętnie bym czasem popolemizował. Ponadto NKPJ zawiera wiele przykładów z prasy codziennej, w której korekta to od lat melodia przeszłości. No i wreszcie: Łukasz Szałkiewicz i Sebastian Żurowski należą do… zespołu tworzącego NKPJ, co też zapewne nie jest bez znaczenia dla częstotliwości powoływania się przez muszkieterów na ten zbiór.  

A co się stanie, gdy w NKPJ pojawi się kilka przykładów użycia wyrażenia typu „zrobić czelendż na asapie”? Wykluczyć tego przecież nie można. Ba, za ileś lat to paskudztwo może nawet zostać skodyfikowane jako norma językowa.

A jednak „Dobry słownik”

Mimo wszelkich zastrzeżeń muszę jednak uznać, że trzej muszkieterowie wykonują bardzo użyteczną pracę i życzę ich przedsięwzięciu wszelkiego powodzenia. Być może doczekam czasów, gdy to np. autorzy Poradni Językowej PWN zaczną się powoływać na „Dobry słownik”. Dopóki mi sprawność umysłu pozwala, będę śledził to nowe zjawisko.

E-book dla piszących powieści

Taka sytuacja powtarza mi się co jakiś czas. Początkujący autor przysyła mi swoją powieść do redakcji. Pyta oczywiście o korektę, bo nie odróżnia jednego od drugiego, ale nie to jest najistotniejsze. Podstawowy problem polega na tym, że napisał kilkaset stron tekstu, ale bez pojęcia o tym, jak to się robi. Mam więc znacznie więcej roboty, niż mógłbym mieć, gdyby autor dysponował pewną elementarną wiedzą. A autor zapłaciłby mniej – to chyba oczywiste, że im więcej pracy, tym wyższa stawka redaktora.

Myślę, że bardzo łatwo jest, zwłaszcza pod wpływem jakiejś dobrej książki wpaść na pomysł „ja też taką napiszę!”. Stąd już bardzo blisko do marzeń o sławie i fortunie. I bardzo dobrze – niech świat pozna kolejnych utalentowanych autorów. Miejsca na literackim Olimpie starczy dla wszystkich, którzy zasłużą na to, by tam wejść.

Problem polega jednak na tym, że wspinanie się na górę wymaga nie tylko kondycji, ale i pewnych umiejętności. Tak jest też z pisaniem powieści.

Nie mam tu na myśli talentu – to oczywiste. Rzecz w tym, że powieść to także pewne „technikalia”. Bo co z tego, że początkujący autor przeczytał na przykład porywający dialog, jeśli nie zwrócił uwagi, a już na pewno nie zapamiętał, jak ten dialog został zapisany. Jak wypowiedzi bohaterów przeplata się narracją. Kiedy stawia się kropkę, a kiedy nie. Kiedy się dodaje „powiedział Marcin”, a kiedy nie należy tego robić. A to wszystko trzeba wiedzieć, jeśli się siada do pisania powieści, a nawet opowiadania!

Podobnie jest z samą narracją. Ludzie czytają książki, ale ich nie analizują. Nie wiedzą zatem, że istnieją różne rodzaje narracji i narratorów. Przed rozpoczęciem pisania trzeba wybrać, a potem konsekwentnie się tego trzymać, bo ten wybór ma pewne konsekwencje. Nie w każdej powieści dany typ narratora i narracji się sprawdzi. Dobrze byłoby więc wiedzieć, jakie są możliwości i co się z nimi wiąże.

Opisy to kolejne zagadnienie. Można nimi zanudzić czytelnika na śmierć albo przynajmniej skłonić go do zeskanowania wzrokiem zwartego bloku tekstu i przekartkowania dalej, gdzie wreszcie coś się dzieje. Opisy to bardzo trudna sztuka, ale można je tworzyć przynajmniej zgodnie z pewną przyjętą konwencją. Jedni popiszą się przy tym językową wirtuozerią i umiejętnością kreowania obrazów w wyobraźni czytelnika, inni po prostu podadzą mu do wiadomości niezbędne w danym miejscu informacje.

No i bohaterowie – tu dopiero zaczynają się schody. Bohater to (przeważnie) człowiek – istota, która przyszła na świat w jakiejś rodzinie, była w określony sposób wychowywana, zdobyła takie lub inne wykształcenie, wyrobiła sobie jakieś poglądy. To wszystko trzeba, przynajmniej w odniesieniu do bohaterów pierwszoplanowych, czytelnikowi zaprezentować.

Bohatera trzeba więc stworzyć od zera ze wszystkimi szczegółami istotnymi dla fabuły. Bohater powinien wzbudzać określone emocje. Może to będzie ktoś, z kim czytelnik powinien się utożsamiać, komu powinien dobrze życzyć, a może wręcz przeciwnie? Kto wie, może bohater to złoczyńca, ale jego motywacja jest szczególna?

Bohater powinien jakoś wyglądać i jakoś się zachowywać. Może nawet posługiwać się jakimś specyficznym idiolektem? Mieć swoje ulubione powiedzonka lub zwroty?

ABC pisania powieści

Chcesz kupić tego e-booka? Możesz to zrobić tutaj.

Powinien być konstrukcją spójną, logiczną – chyba że jest szaleńcem. Niełatwo jest stworzyć postać, a co dopiero kilka lub kilkanaście. Tym bardziej że autor powieści jest mężczyzną lub kobietą, a bohaterowie mogą reprezentować płeć przeciwną, w którą musi się wczuć.

To tylko niektóre spośród trudności, z jakimi muszą się zmierzyć autorzy powieści.

Postanowiłem pomóc początkującym i na podstawie moich doświadczeń zebranych w toku redakcji iluś powieści napisałem e-booka „ABC pisania powieści”.

To niedługa książeczka, bo naprawdę chodziło mi o podstawy. O najważniejsze wskazówki dla piszących. Mój e-book nie wyczerpuje tematu. Nie jest obszernym podręcznikiem, lecz zbiorem informacji łatwych do zapamiętania, a także źródłem, do którego można zaglądać w toku pisania np. dialogów.

ABC pisania powieści

Przejdź na stronę e-booka i… kup, jeśli go potrzebujesz.

A zaczyna się od… zniechęcania. Decyzja o napisaniu powieści powinna być bowiem starannie przemyślana, bo to ogrom pracy, której lepiej nie zaczynać, jeśli nie ma się pewnych predyspozycji. Postarałem się więc określić, kto może, a kto nie powinien siadać do pisania. Bo powtarzam stale: pisać NIE każdy może. Stawiać znaki, tworzyć słowa i zdania – owszem, ale pisać już niekoniecznie.

Dlatego ucieszy mnie każda powieść napisana z mniejszą lub większą pomocą mojego e-booka, ale także każda sytuacja, w której skutecznie zniechęcę do przesiadywania przed komputerem kogoś, kto straciłby tylko czas i pieniądze.

A widziałem już powieści, które z powodu jakiegoś poważnego błędu nadawały się wyłącznie do skasowania, im żadna redakcja pomóc nie może.

Ba, spotykam takie nawet w księgarniach!

O czym marzy redaktor, gdy zarobi na traktor

Mijają kolejne dni, miesiące i lata w zawodzie. Czasem wpada jednorazowo kilkaset złotych, czasem parę tysięcy. Kilkadziesiąt złociszów też się, choć sporadycznie, zdarza. Na tytułowy traktor już chyba zarobiłem, a że do wieku emerytalnego coraz bliżej, czasem zastanawiam się, czy szczyt mam już za sobą, czy też dopiero on nadejdzie.

Traktor

Młodzi adepci zawodu wyobrażają sobie na długo przed otrzymaniem pierwszego zlecenia, że jest to profesja niezwykle ciekawa. Obcowanie z pasjonującą literaturą, czytanie książek dużo wcześniej, niż inni dostaną je do rąk, współtworzenie głośnych dzieł – po prostu bajka. I może czasem tak jest, gdy ktoś w młodym wieku załapie się na etat albo chociaż stałą współpracę w dobrym wydawnictwie. Mnie to nie dotyczy, moja codzienność redaktorska jest więc zgoła inna.

Beletrystyka, i owszem, się zdarza, ale – delikatnie rzecz ujmując – nie są to przyszłe bestsellery. Na co dzień natomiast przychodzi się zmagać z tekstami, które… jak by to powiedzieć… nie porywają mnie swoją treścią, o formie już nie wspominając. Perspektywy obróbki skrawaniem pasjonują mnie w tym samym stopniu co porównanie zasad rachunkowości w Polsce i w Hondurasie, a firmowe raporty porywają tak samo jak teksty mające przypominać prace magisterskie. Ale cóż, każde zlecenie jest ważne i każde trzeba wykonać z należytą starannością w rozsądnym czasie.

Bardzo dawno temu przeczytałem gdzieś, że muszą minąć lata, zanim do redaktora zaczną się odzywać wydawnictwa. Rzeczywiście, czekałem na to dość długo, a dziś zapytania z wydawnictw otrzymuję regularnie. Na co dzień współpracuję zresztą z dwiema małymi oficynami. Prowadzą je bardzo mili i znający się na rzeczy ludzie, toteż bardzo sobie tę współpracę chwalę. Jej podstawowym wyróżnikiem jest jednak to, że te wydawnictwa po prostu płacą mi z góry tak jak wszyscy inni klienci. Dzięki takiemu systemowi nie mam problemów z płynnością finansową.

W zasadzie jednak zapytania od wydawnictw traktuję przeważnie z pewną rezerwą. Bo przerabiałem już taką „standardową” współpracę i więcej nie chcę. Polega ona na tym, że najpierw jest mordercze tempo pracy, a potem żółwie tempo płacenia. Gdy już przychodzi ten upragniony moment, zaczyna się mniej więcej coś takiego:

  • Tak, tak, ale wie pan, nie ma teraz księgowej, jest na urlopie, będzie za dwa tygodnie, wtedy od razu robimy przelew.
  • Tak, tak, księgowa wróciła, ale nie ma prezesa, a bez jego podpisu nic nie wyjdzie.
  • Tak, tak, prezes już jest, ale wie pan… Ta faktura gdzieś się nam zawieruszyła. Mógłby pan ją przysłać jeszcze raz? Aha, tylko wie pan, jakby pan mógł pocztą, poleconym, bo co na papierze, to na papierze, a te pedeefy to wie pan…

I tak dalej. Na takie akcje może sobie pozwolić korektorka z mężem w IT, której w gruncie rzeczy jest niemalże obojętne, ile zarobi i kiedy dostanie swoje pieniądze. Jeśli jednak ktoś tak jak ja żyje z tej pracy, to musi pilnować cash flow i koniec.

Niedawno temu zapukało do mnie pewne wydawnictwo, które pukać nie powinno, bo już wcześniej zdążyłem je uprzedzić, że u mnie płaci się wyłącznie z góry. Spróbowało takiego wybiegu:

Nie możemy niestety opłacić zlecenia z góry, ale jeśli dopuszcza Pan takie rozwiązanie, możemy umówić się na fakturę pro forma przed wykonaniem zlecenia i fakturę zasadniczą po fakcie.

Dobre, prawda?

Ale miało być o marzeniach i będzie.

W zawodzie redaktora i korektora nie ma konkursów, nagród ani odznaczeń. Trudno tu o sławę i zaszczyty. Do pewnego stopnia zawód ten przypomina zresztą pozycję bramkarza w piłkarskim meczu: mało kogo obchodzi, ile strzałów obronił – rozlicza się go z tego, ile wpuścił.

Chciałoby się więc przed zakończeniem kariery wejść na szczyt innego rodzaju i (z)robić to, co sprawiałoby przyjemność i dało potem prawdziwą satysfakcję.

Mam swoje ulubione wydawnictwo. Pochłaniam każdą książkę, która ukaże się jego nakładem. Ta poznańska oficyna ma znakomitych autorów, ale redaktorów kiepskich. Gdy czytam, wiem, że zrobiłbym to samo lepiej i nie byłoby w książkach błędów, nie tylko językowych zresztą. I to jest jedyne wydawnictwo, dla którego byłbym gotów pracować z płatnością „po”. Nie będę jednak do niego uderzał. Jestem z pokolenia, którego nie uczono dobijać się do drzwi potencjalnych pracodawców. Co komu pisane – jeśli samo kiedyś do mnie trafi, przyjmę to z pocałowaniem ręki. Jeśli nie – trudno, widać nie było mi dane. Aż tak mi nie zależy.

A jeśli nie oficyna, to autor. Chciałbym kiedyś podjąć współpracę z autorem obdarzonym takim talentem i taką wyobraźnią literacką, żeby jego książka zyskała uznanie na rynku i została wydana (oraz sprzedana, ma się rozumieć) w dużym nakładzie. I żeby ten autor doszedł do wniosku, że skoro już musi być jakiś redaktor i się czepiać, to niech to będę zawsze ja.

I nie o pieniądze tu chodzi, lecz o miłą świadomość, że moje nazwisko trafiło na kartę redakcyjną czegoś wydanego nie tylko dla rodziny i znajomych, zalegającego potem gdzieś na strychu autora w kartonach z logo drukarni. Że ludzie będą po to sięgać nawet wtedy, gdy mnie już na świecie nie będzie, bo to po prostu jest coś dobrego.

Albo takie podziękowania. Czytasz je, gdy skończysz książkę? To bardzo pouczające. Niejeden autor, którego cały warsztat składa się z laptopa, powinien ileś takich podziękowań przeczytać. Wynika z nich bowiem, że na sukces książki złożyła się nie tylko jego lepsza lub gorsza pisanina, ale też praca i pomoc całego sztabu ludzi. Nie tylko redaktorów i korektorów, ale też najrozmaitszych konsultantów, którzy ujawnili autorowi kulisy tego i owego, żeby nie pisał wymyślonych, wyimaginowanych bzdetów, tylko posługiwał się wiedzą o świecie, zjawiskach, procedurach, rutynach, przepisach itp. I w takich podziękowaniach też mógłbym się kiedyś znaleźć, czemu by nie?

Gdyby już tak naprawdę puścić wodze fantazji: zawsze się cieszę, gdy mogę wyłączyć płatne reklamy. Nie dość, że oszczędzam pieniądze, to jeszcze raduje mnie fakt, że mam zleceń „pod korek”. Kiedyś, ale jeszcze zanim opadnę na bujany fotel z kotem na kolanach i kolekcją leków na stoliczku obok, chciałbym móc je wyłączyć na dobre. Żeby nie były już potrzebne. Żeby grono stałych klientów zapewniało mi pracę wypełniającą cały czas, jaki na pracę mam do dyspozycji. Na razie jednak wyłączam je od czasu do czasu, a potem włączam z powrotem. I tak w kółko.

Ale za to nie mam na głowie strategii marketingowych ani lejka sprzedażowego. Nie muszę się szczerzyć do nikogo jak celebrytka na Instagramie ani zalewać mediów społecznościowych treściami. Nie muszę ślęczeć nad Google Analytics ani bez końca optymalizować tego, co już zoptymalizowane. Przez lata wyrobiłem sobie pewną pozycję na rynku i to pozwala mi spokojnie robić swoje.

A to dla wielu szczyt marzeń…

Nie chwal złego dobrym słowem i odwrotnie

uległo poprawie

Nie wszystkie błędy językowe „dają po oczach”. Wiele z nich to subtelności, które nawet doświadczonemu korektorowi czasami łatwo jest przeoczyć. Dotyczy to między innymi sytuacji, w której opisujemy coś negatywnego.

Oto przykład:

Picie piwa sprzyja cukrzycy.

Niby wszystko jest w porządku, a jednak nie. „Sprzyjać” nie powinno zostać użyte w tym kontekście, bo ma konotację pozytywną. Należałoby napisać „zwiększa ryzyko”, „przyczynia się do” albo „jest niewskazane przy”.

To bardzo delikatne, wręcz dyskusyjne, prawda? Można jednak sprawdzić w Słowniku poprawnej polszczyzny, że w połączeniu z nazwami zjawisk, działań wartościowanych negatywnie „sprzyjać” jest wyrażeniem błędnym.

Inny przykład:

Rosjanie wyróżniają się szczególnym okrucieństwem wobec ludności cywilnej.

Nie można się wyróżniać czymś jednoznacznie zasługującym na potępienie. Szczególne okrucieństwo można przejawiać. Można być z niego znanym (ale już nie można z niego słynąć!).

Czy można wykazywać się czymś złym, negatywnym? Również nie. Na przykład brak empatii można okazywać, można się nim charakteryzować, ale wykazujemy się tylko cechami pozytywnymi.

Teraz coś turystycznego.

Pojechaliśmy na wakacje do El-bardah, chociaż kurort ten cieszy się złą sławą.

Tak może być. Kosmiczne ceny, częste kradzieże kieszonkowe, karaluchy w hotelach itp. Gdyby jednak przyjąć, że kurort może się czymś cieszyć, to zła sława zdecydowanie nie jest powodem do radości. Już prędzej by się nią martwił…

Jak to powiedzieć i napisać poprawnie? Kurort ma złą opinię albo jest okryty złą sławą.

No dobrze, a co w sytuacji, gdy rzecz dotyczy człowieka, któremu zła sława nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz stanowi powód do radości? Taka sytuacja:

Profesor Makowski cieszył się złą sławą wśród studentów.

Samo w sobie zdanie to jest błędne, ale co w sytuacji, gdy profesor Makowski jest psychopatą. Nienawidzi studentów, uwielbia ich obrażać, a na egzaminach oblewać? Jeśli cieszy się z tego, że studenci go nie lubią, że się go boją?

No cóż, wtedy powyższe zdanie mogłoby być poprawne pod warunkiem objaśnienia:

Profesor Makowski cieszył się złą sławą wśród studentów. Dosłownie, bo lubił, gdy inni się go boją i omijają go szerokim łukiem.

Można też użyć innej konstrukcji, żeby błędu nie było:

Profesor Makowski cieszył się ze złej sławy, jaką miał wśród studentów.

Tu wszystko jest jasne.

Niebieska linia

Przeczytaj też: Szansa i ryzyko – czy potrafisz używać tych słów?

Niebieska linia

W drugą stronę też to działa

Żeby nie było zbyt łatwo: tę samą regułę ostrożnego doboru słów musimy stosować, mówiąc oraz pisząc o zjawiskach i cechach pozytywnych.

Przykład:

Sytuacja naszej firmy w drugim półroczu uległa poprawie.

Źle! „Ulec” można chorobie, wypadkowi albo pogorszeniu, ale nie poprawie. Sytuacja się poprawiła.

Nic nie ulega poprawie

W obliczu nadchodzących sukcesów wzięliśmy kredyt.

Znowu źle, bo „w obliczu” zapowiada klęskę, przeważające siły wroga, zagrożenie etc.

A takie chętnie używane słówko „ewidentny”:

To był ewidentny błąd.

To był ewidentny sukces.

Zwycięstwo nie może być druzgocące, to jest zastrzeżone dla klęski i porażki. „Nagminnie” i „notorycznie” robimy coś złego, natomiast coś dobrego robimy stale, wciąż, za każdym razem.

Czasem trudno o ocenę. Akurat dziś Interia.pl uraczyła internautów takim newsem:

szansa

Zwróćmy uwagę, że jest to komunikat Ukraińców. Z ich perspektywy można zapewne mówić o szansie wpłynięcia (Rosjan) na minę. To można by więc ewentualnie (ale przy maksimum dobrej woli) wybaczyć. Gorzej ze sprzyjaniem próbom desantu – tu już błąd jest ewidentny (sic!).

Tak to jest z językiem polskim: naprawdę trudno jest zachowywać pełną poprawność. Może więc warto sięgać po pomoc korektora?

Sam nie znajdziesz swoich byków

Back in black – zmiana w Texterze po latach

Kalkulator

No i stało się – nadeszła zmiana w Texterze. Nie mogłem się jej doczekać, bo była planowana od dawna. Wszystko dopięte na ostatni guzik, odliczanie tygodni i dni, aż wreszcie nadszedł 1 czerwca 2022 roku.

I co się stało? Ano to, że Texter po latach stał się samodzielną firmą. To dla mnie z jednej strony wydarzenie radosne, z drugiej strony do pewnego stopnia smutne, albowiem oznacza początek ostatniego już okresu w mojej karierze zawodowej.

No ale jak to było?

Było tak, że kiedyś, dawno temu, Texter powstał jako moja „druga noga”. Prowadziłem wtedy firmę działającą w zupełnie innej branży. Przez lata szło jej nawet jako tako, ale z czasem było coraz gorzej. Podstawowa działalność nie przynosiła już zysków niezbędnych do zapewnienia mi utrzymania, więc – nawet trochę wbrew sobie – pozwoliłem historii zatoczyć koło i wróciłem do tego, czym zajmowałem się praktycznie od 18. roku życia, czyli do pracy ze słowem pisanym.

Texter działał zatem pod skrzydłami firmy, choć nie stanowił o jej profilu. A firmę koncertowo rozłożyłem na łopatki, nie mając pojęcia ani o prowadzeniu mikrobiznesu, ani o finansach. Płacenie ZUS-u stało się obciążeniem ponad miarę. Kredyty się skończyły, a ja nawet nie miałem świadomości, jak dużym i jak długo będą obciążeniem.

Pięć lat i jeden dzień temu firmę zamknąłem. Schowałem się w inkubatorze przedsiębiorczości, którego niezaprzeczalną zaletą jest brak obowiązku odprowadzania składek do ZUS. I wziąłem się na serio do pracy pod marką Texter.pl, ale nie tylko.

Ucz się, ucz, człowieku…

Na naukę podobno nigdy nie jest za późno, więc starannie analizowałem popełnione błędy, którymi pogrążyłem firmę, a siebie w kredytach. Los mi sprzyjał, a wspierały go chude lata: nie dość, że musiałem, to wręcz chciałem nauczyć się zarządzania pieniędzmi tak, by nie kończyć kolejnych miesięcy z czerwonymi liczbami w arkuszu kalkulacyjnym. Prowadziłem nawet blog finansowy. Uczyłem się różnych rzeczy i planowałem powrót na rynek znów jako mikrobiznes.

Prawodawca ustalił jednak, że jeśli ktoś powraca i chce skorzystać z dobrodziejstw tzw. ulgi na start, a potem małego ZUS-u, to musi odczekać pięć pełnych lat. No i czekałem – aż do dziś, bo wczoraj pięć lat minęło. Nie zmarnowałem ich. Nauczyłem się wielu rzeczy dotyczących mikrobiznesu i finansów.

Kalkulator

Teraz bez VAT!

Wiele przemyśleń poświęciłem, rzecz jasna, formie opodatkowania i VAT-owi. Na początek wybrałem ryczałt, a na stałe – zwolnienie z VAT. To zmiana istotna dla osób prywatnych korzystających z moich usług: teraz będzie taniej o te 23 procent. Dla firm jest to zmiana bez znaczenia, choć wiem, że są i takie, które nie uznają niepłacenia VAT, ale trudno.

Kilka kroków przed rejestracją

Starannie wybrałem:

  • biuro wirtualne – bo nie chcę, żeby mój prywatny adres krążył po Internecie;
  • bank;
  • firmę, której powierzę księgowość;
  • firmę, której powierzę obsługę płatności on-line.

Poczyniłem też parę innych przygotowań. Czy jest jakieś „ale”? Jest, bo…

Czy to dobry moment na zakładanie działalności gospodarczej?

Gdyby mnie ktoś o to spytał, odpowiedziałbym, że niekoniecznie. Albo wręcz, że absolutnie nie. Za wschodnią granicą wojna, w kraju szalejąca inflacja, składki ZUS mają poszybować ostro w górę, coraz więcej jest też przebąkiwań o nadchodzącej recesji i chudych latach. Wszystko to prawda i zdaję sobie z tego w pełni sprawę. Czemu więc się uparłem i zarejestrowałem dziś działalność mimo tych czynników ryzyka?

Z kilku powodów.

Po pierwsze dlatego, że taki był plan, a plany lubię realizować. Taka, a nie inna sytuacja w kraju i za granicą może jeszcze potrwać nie wiadomo jak długo, a ja mam już swoje lata i coraz mniej czasu.

Po drugie – bo, choć to zabrzmi nieco dziwnie, chcę jeszcze przez parę lat opłacać ZUS, by dołożyć sobie parę groszy do państwowej emerytury. Pięć lat niepłacenia składek to i tak za dużo, a prywatnych oszczędności emerytalnych nie mam.

Po trzecie – bo inkubator, choć ma wiele zalet, to jednak bardzo ogranicza działalność. Tu ramy są z góry narzucone, a ja cenię sobie wolność i niezależność. Poza tym mikroprzedsiębiorca także na rynku może więcej, dużo więcej niż podopieczny inkubatora.

Po czwarte wreszcie – przekonałem się w czasie pandemii, że jeśli robi się nieciekawie, to jako osoba pracująca na umowach cywilnoprawnych (tak jest w inkubatorach) nie mam co liczyć na pomoc państwa. Jestem nikim. Owszem, w pewnym momencie pomyślano nawet o takich jak ja, ale firma, która miała wystąpić o środki pomocowe dla mnie, pokazała mi jednoznacznego faka i nie dostałem ani grosika, choć bardzo go potrzebowałem. Lepiej więc – myślę sobie – w trudnych czasach być mikroprzedsiębiorcą, bo o nich państwo z lepszym lub gorszym skutkiem, ale jednak pamięta.

No i po piąte – bo nawet jeśli znów powinie mi się noga, to do inkubatora zawsze mogę wrócić i to sprawia, że nie boję się przyszłości. Dziś zresztą wiem o wiele więcej niż kiedyś i dawnych błędów na pewno już nie popełnię, a to każe mi patrzeć przed siebie z optymizmem, choć to akurat nie moja specjalność.

Zapraszam do współpracy

Jestem otwarty na współpracę z mikrofirmami działającymi w pokrewnych branżach. Jeśli zajmujesz się składem, grafiką i layoutem albo prowadzisz małe wydawnictwo i wiesz, że w jedności siła – być może współpraca pomogłaby i Twojej firmie, i mojej? Porozmawiajmy, może razem coś wymyślimy.

Szewce, bękarty, wdowy i odstępy – jak formatować akapity

Układ tekstu

Formatowanie tekstów w MS Word wydaje się czymś banalnie prostym, ale nieznajomość pewnych reguł powoduje, że w tekście pojawiają się błędy edytorskie. W tym tekście dowiesz się, jak formatować akapity, żeby było bezbłędnie. Zacznijmy od wcięć akapitowych. Można je stosować, ale nie jest to konieczne. Zarazem jednak trzeba wiedzieć, że jeśli stosuje się wcięcia akapitowe, to między akapitami nie może być dodatkowych odstępów. Takie odstępy są z kolei konieczne, gdy wcięć nie ma. Zobacz ten sam tekst w trzech wersjach:

Tu jest wcięcie akapitowe, zatem nie ma pionowego odstępu między akapitami
Bez wcięć, za to z odstępem. To on sygnalizuje, że zaczyna się nowy akapit
Tak jest źle. Skoro jest wcięcie sygnalizujące początek nowego akapitu, to odstęp jest zbędny

Jak uzyskać prawidłowe ustawienie?

Jeśli chcesz stosować wcięcia akapitowe, zadbaj o to, by w Narzędziach głównych, w sekcji Akapit, ustawić 0 pkt odstępu przed akapitem i po nim – jak na obrazku:

Jeżeli natomiast chcesz pisać bez wcięć akapitowych, za to z odstępami, wstaw w tym samym miejscu jakąś wartość, np. 12 pkt.

Możesz też wybrać z menu dział Projektowanie. Znajdziesz tam, nieco po prawej stronie, otwierane okienko „Odstępy akapitu”. Wybierz takie, jakie chcesz. Kolejna sprawa to szewce i bękarty. Popatrz na obrazek:

Bękarty i szewce

W Twoim Wordzie, znowu w Narzędziach głównych i w sekcji Akapit, powinno być takie ustawienie:

Bękarty w Wordzie

Word mylnie nazywa szewce wdowami, ale to dla nas nieistotne. Zaznaczenie tego okienka powinno zapewnić, że takie błędy na stronach nie wystąpią, ale… No cóż, kto dobrze zna Worda, ten wie, że miewa on swoje kaprysy i słabości. Za chwilę więc pokażę Ci, co można zrobić, jeśli sam edytor tekstu nie zadbał o porządek. Zanim to jednak zrobię, pokażę Ci jeszcze jeden błąd – wdowę. To nic innego jak pozostawienie na końcu akapitu bardzo krótkiego słowa. Wygląda to tak:

Tak wygląda wdowa

Jak udało mi się tej wdowy pozbyć? Tu właśnie przechodzimy do wspomnianego na jednym z obrazków trackingu, który jest niczym innym jak zagęszczeniem albo rozstrzeleniem tekstu. Bardzo delikatnym, wręcz trudno zauważalnym dla oka, ale dającym efekty. Jak to włączyć? W Narzędziach głównych po lewej stronie widać sekcję „Czcionka”. Otwórz ją, a zobaczysz takie okno:

Rozstrzelenie i zagęszczenie

Jeśli chodzi o wartości, wybieraj od 0,1 do 0,3 pkt. To bezpieczny przedział – takie zmiany odstępów między znakami są na tyle delikatne, że w tekście nie powstanie nic niezwykłego dla oka.

Two-man rule: czym jest i jakie ma znaczenie dla piszących

Two man rule

Być może widziałeś taką scenę na filmie. Okręt podwodny z rakietami atomowymi. Załoga otrzymuje rozkaz odpalenia rakiet, co oczywiście rozpocznie III wojnę światową. Aby jednak doszło do startu rakiet, potrzebne są dwie osoby: kapitan okrętu i wyznaczony oficer. Każdy z nich ma specjalny klucz i dopiero użycie ich obydwu umożliwia zainicjowanie startu rakiet. 

Co to jest two-man rule

Two-man rule to zasada stworzona podczas tzw. kryzysu kubańskiego w 1962 roku. Niewiele wtedy brakowało, a świat zostałby zniszczony. Amerykanie doszli wtedy do wniosku, że nie można pozostawiać decyzji o użyciu broni nuklearnej pojedynczym osobom: zawsze musiał być ktoś inny – ktoś, kto potwierdzi decyzję.

Jedynym wyjątkiem jest prezydent USA. On decyzję podejmuje jednoosobowo i potwierdza ją za pomocą specjalnego kodu. Nie jest jednak w stanie jej wykonać: rozkaz trafia do odpowiednich komórek w siłach zbrojnych, a tam two-man rule obowiązuje bez żadnych wyjątków. 

Zasada czterech oczu

Kto zajrzy do niemieckiej Wikipedii, ten znajdzie informację o obowiązywaniu two-man rule (Niemcy nazywają ją Vier-Augen-Prinzip, czyli zasadą czterech oczu) również w polityce. Do pewnego stopnia można przyznać autorom tego wpisu rację. W demokratycznym państwie rząd jest kontrolowany przez parlament, a parlament (ściślej zaś: prawo przezeń stanowione) przez sąd konstytucyjny. Wyroki sądów są kontrolowane w wyższych instancjach sądowych. Przykład Polski pokazuje jednak, że nawet w demokracji parlamentarnej istnieje możliwość skupienia władzy de facto w rękach jednego człowieka, który kontroluje niemal wszystko.

Two-man rule znana jest także w wielu firmach. Służy w nich zabezpieczeniu przed samowolą i lekkomyślnością. Najprostszy przykład to kontrola zarządu przez radę nadzorczą. Często jednak kultura organizacyjna przewiduje podejmowanie istotniejszych decyzji wyłącznie przez więcej niż jedną uprawnioną osobę. We wszystkich bardzo istotnych sprawach zastosowanie two-man rule jest dość oczywiste. Podejmowanie ważnej decyzji lub czynności nie powinno spoczywać na barkach tylko jednego człowieka, ponieważ może on popełnić błąd, może go dotknąć choroba psychiczna, ktoś może go skorumpować albo zwerbować i tak dalej. Konieczność uzyskania zgody innych osób chroni przed poważnymi, a czasem wręcz niewyobrażalnymi konsekwencjami nieroztropnego czynu lub postanowienia.

Two man rule

Co ma two-man rule do pisania

Ale two-man rule powinien też stosować każdy, kto pisze i publikuje. W tym wypadku zasada powinna polegać na poddaniu każdego stworzonego tekstu weryfikacji przez inną osobę lub grono osób. Dopiero po uwzględnieniu ich uwag i naniesieniu poprawek tekst może trafić do odbiorcy.

Nic w tym dziwnego, bo sami nie dostrzegamy własnych błędów i to nie tylko tych językowych. Druga osoba może nas przestrzec przed rozmaitymi innymi błędami, w tym merytorycznymi. Może wskazać słabe punkty w argumentacji, brak źródeł, błędy w datach i liczbach itp. Uwierz mi, w całej mojej karierze nie spotkałem ani jednego bezbłędnego tekstu. Pisanie jest znacznie trudniejsze, niż wielu z nas to sobie wyobraża. Dlatego gorąco namawiam Cię do stosowania two-man rule, ilekroć piszesz coś, co jest przeznaczone do publikacji.

dwa, czyli para

Oczywiście najlepiej będzie, jeśli skorzystasz z fachowej redakcji tekstu. Powierzysz go wtedy specjaliście. Jeśli jednak liczysz każdy grosz albo z jakichś innych przyczyn nie możesz lub nie chcesz zwrócić się do redaktora, poproś żonę, męża, koleżankę lub kolegę. Zawsze to druga para oczu, zawsze to jakiś second (wo)man. I niech to będzie człowiek. Owszem, w Internecie nie brak narzędzi do sprawdzania pisowni, ale sztuczna inteligencja musi się jeszcze wiele, wiele nauczyć, zanim zastąpi człowieka w tej roli.

Erystyka w Twoich tekstach: strzeż się nieetycznych odwołań

Natura w czystej postaci

Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów, odnosi się przede wszystkim do wystąpień publicznych, a więc przemówień i innych wypowiedzi ustnych. Chwyty erystyczne można jedna spotkać również w wypowiedziach pisemnych. Problem polega na tym, że erystyka odwołuje się bardzo często do chwytów nieetycznych. Bardzo łatwo jest zapędzić się w taki kozi róg, a następnie zostać – mniej lub bardziej słusznie – posądzonym o demagogię i słowne ciosy poniżej pasa.

 To dla twojego dobra, baranie!

Autor sięgający po chwyty erystyczne chce przekonać czytelnika do swoich racji, podsuwając mu argumenty pozornie mocne, ugruntowane, czymś (lub kimś, jak się za chwilę okaże) poparte. Wykorzystuje wtedy rozmaite słabości odbiorców, a zapytany o powody niezbyt etycznego postępowania, niejednokrotnie tłumaczy, że przecież działa w słusznej sprawie.

Tą słuszną sprawą może być przekonanie odbiorców o czymś „dla ich własnego dobra” i już mamy do czynienia z argumentem nierzadko wątpliwym. Może go użyć choćby copywriter, stosujący niektóre techniki perswazji po to tylko, by odbiorca dał się namówić na kupienie odkurzacza tej, a nie innej marki. – Jeśli go kupi – argumentuje nasz copywriter – to dokona słusznego wyboru i będzie miał po każdym odkurzaniu satysfakcję.

 Erystyka a szczepionki

Erystyką posługują się w ostatnich latach przeciwnicy szczepionek przeciwko COVID-19. Odwołują się do argumentów pseudonaukowych i pseudoreligijnych, bardzo często sięgają też po teorie spiskowe. Oni również, zapytani o to, dlaczego posługują się „nieczystymi” metodami, w przypływie szczerości są gotowi odpowiedzieć, że „to dla dobra odbiorców”. W ich przekonaniu być może rzeczywiście tak. I nie ma się co dziwić, że argumenty lekarzy, epidemiologów czy wirusologów przegrywają nierzadko z tezami o mikroczipach – już choćby dlatego, że naukowcy i fachowcy to przeważnie nudziarze, a teoria o ponurych zakusach Billa Gatesa albo światowej zmowie koncernów farmaceutycznych jest o wiele bardziej atrakcyjna niż marudzenie o skuteczności Moderny czy innego Pfizera.

Szkodliwość erystycznej argumentacji jest w tym wypadku gigantyczna, ale kto by się tym przejmował? Przykład ten podaję jednak, by uczulić Cię, Czytelniku, na podstępną, szkodliwą erystykę, którą można zdziałać wiele złego nie tylko w skali makro, ale i w drobnostkach.

 Erystyka w polityce

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że nieetycznych argumentów używają na co dzień politycy. Najprostszy przykład to używanie słów „Polska” i „Polacy” wraz z wymyślonymi na użytek danego wystąpienia tezami:

– Polska nie podda się brukselskiemu dyktatowi!

– Polacy pragną Europy opartej na wartościach chrześcijańskich!

– Polska sprzeciwia się narzucaniu jej obcych ideologii!

– Polacy nie chcą zrezygnować z narodowego dobra, jakim jest węgiel!

Wystarczy utożsamić Polskę z ekipą, która aktualnie nią rządzi (to grzech wszystkich ekip bez wyjątku, o „Polsce” mówiono z trybun także w czasach PRL), by przedstawiać racje jakiejś grupy politycznej. Bez trudu można też odwoływać się do woli narodu, wyborców, suwerena itp., choć wcale nie wiadomo, jakim wynikiem zakończyłoby się referendum na dany temat.

W znacznie mniejszej skali występuje to w… sporcie. „Polska wygrała z Hiszpanią” to klasyczny przykład. Nie żadna Polska, tylko reprezentacja Polski, do tego dość wątpliwa reprezentacja, bo przecież nie są to ludzie wybierani wolą narodu, lecz przez jakiegoś trenera, który zresztą też przez naród wybrany nie został. Sukces piłkarzy, siatkarzy czy skoczków narciarskich bywa w ten sposób porównywany niemalże do wojny, którą kraj nasz, krwi nie szczędząc, z wrogiem okrutnym wygrał. Nic dziwnego, że budzi to w niektórych kręgach emocje porównywalne z reakcją na podpisanie traktatu pokojowego po wielkim zwycięstwie.

Przyjrzyjmy się niektórym argumentom erystycznym. Czytając, spróbuj sobie przypomnieć, Czytelniku, czy aby nie ma ich w Twoich tekstach…

 Argumentum ad feminam

No, tym się, mam nadzieję, nie posługujesz, bo to coś wyjątkowo paskudnego. Chodzi tu o odwoływanie się do faktu bycia kobietą przez dyskutantkę.

Wyobraźmy więc sobie, że ktoś zaangażował się w coraz ostrzejszą polemikę, np. na Facebooku. Któraś z jego wypowiedzi rozsierdziła dyskutantkę, ta pisze więc:

To wyjątkowo arogancka i nieuprzejma odpowiedź. Nie mam ochoty dłużej prowadzić tej dyskusji z tak niekulturalną osobą.

A na to dyskutant:

Zaraz, spokojnie, ma pani okres czy PMS, że tak to odbiera?

Do bycia kobietą można się też odwoływać w inny sposób, np. twierdząc, że dyskutantka „jako kobieta tego nie zrozumie” albo że „kobiety nie mają o tym pojęcia”. Taki argument rzadko bywa słuszny, choć oczywiście w wyjątkowych wypadkach może się to zdarzyć (bo np. czy jest na świecie kobieta, która wie, co czuje facet kopnięty w klejnoty?).

Ze swej strony dodam tylko, że kobiety zaczęły odpłacać mężczyznom niezbyt pięknym za niezbyt nadobne. Jakiś czas temu, gdy głośne były protesty Strajku Kobiet i powstało pojęcie
„dziaders”, na nazwanie tym niezbyt sympatycznym określeniem naraził się niejeden dyskutujący z kobietą mężczyzna niezależnie od tego, czy miał rację, czy nie i czy kryteria bycia dziadersem spełniał.

 Argumentum ad baculum

Po polsku znaczy to dosłownie tyle, co „argument odwołujący się do kija”, a chodzi tu o argument siły. Opisuję go tuż po tym „kobiecym”, bo jest równie paskudny, a polega na zastosowaniu wobec rozmówcy groźby. Może to być na przykład groźba użycia przemocy, spotykana w serwisach społecznościowych i na forach:

Bo jak nie to w ryj

Argument siły może oczywiście przybierać także łagodniejszą postać. Wyobraźmy sobie pismo do firmy zalegającej z zapłatą:

W razie nieopłacenia faktury w terminie siedmiu dni odsprzedamy Wasz dług firmie windykacyjnej.

Argument siły najczęściej nie ma nic wspólnego z siłą argumentów: odbiorca ma się zachować w określony sposób, „a jak nie, to…”. Z tego powodu nie przynosi długotrwałych korzyści. Owszem, można kogoś zastraszyć i zmusić do czegoś lub czegoś mu zakazać, ale wcale nie oznacza to przekonania go do czegokolwiek. Gdy zagrożenie ustanie, „niesforny” adwersarz zapewne powróci do swojej „normalności”. Niejeden obrazi się i – jeśli to tylko możliwe – zerwie wszelkie kontakty z autorem pogróżek.

Argumentum ad ignorantiam

Jak nietrudno zgadnąć, tu dyskutant odwołuje się do ignorancji, a więc niewiedzy swojego interlokutora, przy czym wykorzystuje to, że ów nie jest w stanie uzasadnić tezy przeciwnej. Oto np. zagorzały ateista może poczęstować wierzącego rozmówcę takim stwierdzeniem:

Żadnego Boga nie ma – jeśli się ze mną nie zgadzasz, to udowodnij mi, że jest.

W wielu wypadkach nie da się udowodnić prawdziwości jakiejś tezy, co wcale nie znaczy, że jest ona nieprawdziwa. I odwrotnie: często nie da się wykazać, że jakaś teza jest błędna, co wcale nie znaczy, że jest słuszna. Miłośnik werbalnych chwytów poniżej pasa chętnie się do tej sztuczki odwołuje. Może to dotyczyć mniej fundamentalnych spraw – na przykład czyjejś winy lub niewinności.

Jego wina jest bezsporna, bo nie udowodniono, że jest niewinny.

Jego niewinność jest oczywista, bo nie udowodniono, że jest winny.

Oczywiście w sądzie nieudowodnienie winy skutkuje wyrokiem uniewinniającym, ale czy zawsze oznacza to, że oskarżony nie popełnił zarzucanego mu czynu?

Argumentum ad hominem

Tu mamy do czynienia z odwołaniem do człowieka, a ściślej rzecz ujmując: do jego własnej tezy, wypowiedzi lub poglądu. Wyobraźmy sobie niewiernego męża, który mówi zdradzonej żonie:

Powinnaś wybaczyć mi ten wyskok, bo się przyznałem, a ty przecież powiedziałaś mi kiedyś, że każdemu może się zdarzyć chwila słabości.

Teraz żona ma problem, bo jeśli zażąda rozwodu, to okaże się niekonsekwentna w tym, co mówi.

W posługiwaniu się argumentum ad hominem nietrudno jednak o błąd. Wyobraźmy sobie sytuację w sklepie. Oto spotykają się między regałami dwie panie bez obowiązkowych maseczek. Jedna mówi do drugiej:

Skoro pani sama nie nosi maseczki, to nie może wymagać ode mnie, żebym ja nosiła!

No, teoretycznie tak. Problem jednak w tym, że może wymagać, bo tak stanowią przepisy. Sam fakt, że klientka A ich nie przestrzega, nie oznacza wcale, że klientka B też może częstować innych wydychanym z nosa i ust niefiltrowanym powietrzem. To jest coś z gatunku „kradnę, bo inni kradną”.

Argumentum ad verecundiam

To z kolei „argument do nieśmiałości”. Co wywołuje nieśmiałość interlokutora? Przywołanie jakiegoś autorytetu, któremu ten nie ma śmiałości zaprzeczyć – nawet wtedy, gdy sam go nie uznaje lub gdy z nim się w danej sprawie nie zgadza.

Trudno chyba o lepszy przykład niż Jan Paweł II. Przywołanie jego autorytetu gasi niejeden zapał do dyskusji, choć w głębi duszy ten i ów „gaszony” rozmówca bynajmniej tego akurat autorytetu z różnych powodów nie uznaje. Innym polskim przykładem jest Władysław Bartoszewski. Dla wielu jest to postać wzorowa i przywołanie jakiegoś cytatu z autora powiedzenia o byciu przyzwoitym miewa piorunujący efekt. Dość powszechnie wiadomo, że zakwestionowanie autorytetu Bartoszewskiego wywoła falę hejtu, która kwestionującego dosłownie zmiecie. Innym takim autorytetem jest Jerzy Owsiak – cokolwiek powie, jest święte dla jego „wyznawców”.

Ale o argumentum ad verecundiam da się i nawet trzeba napisać więcej. Typowy zabieg wielu piszących teksty polega na tym, by w odpowiednim miejscu wstrzymać się z dalszym tworzeniem tekstu i zajrzeć w któryś z internetowych zakątków gromadzących cytaty. Znalezienie czegoś pasującego nie stanowi na ogół większego problemu.

Wyobraźmy więc sobie, że nasz miłujący erystykę autor pisze o adopcji. Jego zdaniem zastępczy rodzice niejednokrotnie pełnią swoją funkcję lepiej niż prawdziwi. Zagląda do Wikicytatów i już po chwili znajduje:

Zobaczymy, że matki i ojcowie lepiej opiekują się przybranymi dziećmi niż swoim własnym synem.

Któż jest autorem tych wiekopomnych słów? Prawdziwy geniusz – Leonardo da Vinci. Z takim trudno się nie zgadzać… A właściwie: byłoby trudno się nie zgodzić, gdyby nie to, że mistrz Leonardo był autorytetem w dziedzinie sztuk wszelakich, ale w sprawach rodzinnych już niekoniecznie. Nigdy się nie ożenił, nie miał dzieci, złośliwi przebąkują wręcz, że był homoseksualny i dlatego nigdy nawet nie kochał żadnej kobiety. Jego własne dzieciństwo też nie daje podstaw do uważania go za wyrocznię w sprawie opieki nad własnymi i przybranymi dziećmi.

Zauważ, Czytelniku, że jesteśmy nieustannie bombardowani reklamami, w których bardzo znani ludzie polecają nam różne rzeczy. Czy Robert Lewandowski jest autorytetem w dziedzinie laptopów i smartfonów? Czy jego żona to ekspertka w dziedzinie biżuterii? Czy aktor Pazura zna się na technologiach internetowych, a jego brat na szczepieniach? A jednak to właśnie im powierza się nakłanianie masowego odbiorcy do kupowania określonych produktów i usług.

I nie tylko. Media z rozkoszą przytaczają wypowiedzi powszechnie znanych osób na tematy polityczne, choć trudno uwierzyć, by specjalistą w tej dziedzinie był aktor, piosenkarz albo sportowiec. Niejednokrotnie odbywa się to wręcz ze szkodą dla samych artystów, bo opowiadając się za czymś lub przeciwko czemuś nastawiają do siebie nieprzyjaźnie tych odbiorców, którzy myślą inaczej.

Mówca

Czasem autorytet ma postać zbiorową. Mogą to być starożytni Grecy albo Rzymianie. Może to być nauka:

Co ty opowiadasz, przecież z badań naukowych jasno wynika, że…

Nie ma przy tym znaczenia, że dziwnym zbiegiem okoliczności takiej wypowiedzi nie towarzyszy podanie źródła.

Argumentum ad vanitatem

Jeśli dobrnąłeś aż do tego miejsca, Czytelniku, to zapewne jesteś człowiekiem wykształconym, inteligentnym i światłym, a jako taki zapewne przyznasz rację moim wywodom?

W powyższym akapicie użyłem odwołania do próżności. Częstuję Cię komplementami po to tylko, by nie wypadało Ci się ze mną nie zgodzić. No bo przecież jako człowiek reprezentujący określony poziom zgodzisz się zapewne, że [i tu mogę wstawić, co mi się żywnie podoba]?

Argumentum ad misericordiam

Odwołanie do litości to także chwyt erystyczny. Może po niego sięgnąć na przykład sprzedawczyni w sklepie, którą właściciel przyłapał na podkradaniu pieniędzy z kasy. Słysząc, że szef zwalnia ją dyscyplinarnie, a o sprawie powiadomi policję, sprzedawczyni zaczyna go błagać, tłumacząc, że pieniędzy potrzebuje na leczenie chorego dziecka, toteż jeśli szef spełni swoją zapowiedź, dziecię niechybnie czeka śmierć.

To przykład skrajny, ale często spotykamy argumentum ad misericordiam w rozmaitych tekstach. Niejeden autor przekonuje, że jest tylko małym, biednym misiem, toteż odbiorca „zrobi mu dobrze”, zgadzając się z jego twierdzeniami. Jeśli to naprawdę mały, biedny miś, to mamy do czynienia jedynie z argumentem emocjonalnym, ale jakże często wołanie o litość de facto nie ma uzasadnienia w faktach – wtedy erystyka aż bije po oczach.

Argumentum ad populum

Przypodobać się ludowi często znaczy: wygrać. Populizm robi w ostatnich latach karierę tak zawrotną, że niekiedy określa się tym mianem również poglądy niemające z nim nic wspólnego.

Po argumentum ad populum sięgają chętnie politycy, zwłaszcza z formacji skrajnych. Na przykład po to, by uzyskać poparcie audytorium dla przywrócenia kary śmierci, którą gawiedź chętnie by poparła. Tego rodzaju argumenty często można spotkać w wypowiedziach tzw. dyżurnych ekonomistów, wynajętych do popierania albo zwalczania jakichś rozwiązań podatkowych.

Dlaczegóż to człowiek zarabiający więcej miałby płacić wyższą składkę na ubezpieczenie zdrowotne? Przecież on nie choruje częściej niż ten, kto zarabia mało!

Na rozmaitych wiecach i zgromadzeniach nietrudno usłyszeć zwroty typu:

Już my dobrze wiemy, kto jest odpowiedzialny za…

Czas najwyższy zrobić porządek z…

„Lud” chętnie „kupuje” takie wezwania, a dzięki temu mówca łatwiej zjednuje sobie przychylność tłumu. Oczywiście tego typu argumentację można bez trudu spotkać również w tekstach pisanych.

Argumentum ad temperamentiam

Gdzie dwóch się kłóci… Wiadomo. Sprytny fan erystyki potrafi niekiedy wykorzystać skrajności poglądów. Argumentum ad temperamentiam to nic innego jak odwołanie do umiaru. Polega ono na tym, by własnej tezie nadać pozory kompromisu między dwoma przeciwstawnymi poglądami.

Najprostszym przykładem mogłaby być reklama czegoś do smarowania chleba:

Jedni twierdzą, że zdrowsze jest masło, inni – że margaryna. Tymczasem badania dowodzą, że najzdrowsze jest nasze Smarowidło Polskie 2.0. Kup jeszcze dziś w swoim sklepie spożywczym!

To również element erystyki spotykany często w wystąpieniach politycznych. Jakże często ktoś odwołuje się do „zdrowego centrum”, oskarżając wszystkich innych o to, że reprezentują poglądy skrajne. Ani A, ani B, tylko my – C, bo my jesteśmy pośrodku, my jesteśmy dla większości, my reprezentujemy umiarkowanie, spokój i rozsądek.

Choć to, rzecz jasna, guzik prawda.

Argumentum ad novitatem

Wróćmy do reklam. Tu bardzo często spotkać można erystyczny chwyt w postaci argumentum ad novitatem, czyli odwoływania się do nowości. Oto wszyscy znają proszek, dajmy na to, Śmierdziel, który – jak zapewniały przez długi czas reklamy – wybielał najskuteczniej.

Być może jego sprzedaż zaczęła spadać, bo producent doszedł do wniosku, że czas na coś nowego. W rezultacie telewizja zaczyna nam serwować reklamy proszku Śmierdziel White, który wybiela jeszcze skuteczniej.

Nietrudno zgadnąć, że za jakiś czas pojawi się Śmierdziel Extra White, który wybiela tak skutecznie, że skuteczniej się już nie da. Zapewnia najbielszą biel, przy której nawet świeży śnieg jest szary. Ale tylko tak długo, aż na rynek wejdzie Śmierdziel White Forte – nowość, która wybiela.

Bo cała zabawa polega na odwoływaniu się do mitu głoszącego, że nowe jest lepsze od starego. Tak samo będzie więc z wybielającą pastą do zębów, płynem do mycia naczyń czy tabletkami przeciwbólowymi. Na rynek trafia nowa wersja i konsument ma wierzyć, że skoro jest nowa, to działa lepiej od poprzedniej.

Argumentum ad naturam

I znów coś, co odwołuje się do przekonań głęboko zakorzenionych w wielu z nas. Ba, w ostatnich latach wbijanych nam do głów stukilowym młotem: chodzi oczywiście o naturę. To, co naturalne, jest lepsze od tego, co sztuczne. I koniec.

Natura w czystej postaci

Nawet nie muszę podawać przykładów – chyba każdy spotkał się z perswazją polegającą na eksponowaniu np. „naturalnych składników”, „naturalnych upraw” itp. Nic to, że medykament ziołowy, czyli naturalny, działa nieporównywalnie słabiej niż ten wyprodukowany z substancji chemicznych. Ten chemiczny pewnie szkodzi, ma ileś skutków ubocznych, a ziołowy nie. Nieistotne, że tego ziołowego możesz łyknąć nawet pół tony, a żadnego działania nie doświadczysz.

Być może kojarzysz też – to już w dyskusjach na tematy światopoglądowe – odwołania do jakiegoś „prawa naturalnego”. Wyznawcy homofobii uparcie przekonują, że homoseksualizm to wynaturzenie, a w naturze, czyli w świecie zwierząt, nie występuje. To nieprawda, ale ilu Polaków wie, że np. pingwiny bardzo chętnie łączą się w pary homo i nawet wychowują pisklęta? Do większości argumentum ad naturam trafi bez problemu.

 Teraz wiesz już, jak nie przemawiać i nie pisać

Opisane powyżej chwyty to nieczysta gra. Coś jakby Black Hat SEO. Zawsze byli i zawsze będą tacy, którzy nie stronią od nieuczciwych chwytów. Dla nich cel uświęca środki. Warto jednak przynajmniej wiedzieć, jakie techniki perswazji nie zasługują na uznanie. A wybór między uczciwością a werbalnymi ciosami poniżej pasa należy do piszącego…