Już dawno temu zauważyłem, poprawiając błędy w tekstach, że niektóre z nich mają charakter epidemii, jak choćby zbędne przecinki. Nagle te same błędy zaczynają się pojawiać w kolejnych tekstach różnych autorów. Nie wykluczam, że to zgubny wpływ mediów, poniżej zresztą przywołam przykład infekcji ze źródłem w jednej ze stacji telewizyjnych. Przejdźmy do konkretów.
I. Zdania z „przed” i „po”
Redagowałem niedawno temu wydanie pewnego kwartalnika i aż się zdziwiłem, tyle tego w nim było: autorzy jakby się uparli, że w zdaniach z „przed” i „po” trzeba stawiać przecinek, choć jest wręcz przeciwnie. Na przykład:
Po kolacji, poszliśmy nad rzekę. Przed pójściem na ryby, wybraliśmy haczyki i zanęty.
Oczywiście występują tu całkowicie zbędne przecinki. Aby to sobie uzmysłowić, zastąpmy użyte określenia czasu, pory lub kolejności zdarzeń innymi:
Wieczorem poszliśmy nad rzekę. Rano wybraliśmy haczyki i przynęty.
O przecinkach nawet nie ma mowy, skąd się więc wzięły w zdaniach z czerwoną czcionką? Pojęcia nie mam.
Kiedy przecinki są konieczne? Wtedy, gdy pojawia się zdanie wtrącone:
Po kolacji, wyjątkowo obfitej i smacznej, poszliśmy nad rzekę. Przed pójściem na ryby, a więc około szóstej rano, wybraliśmy haczyki i przynęty.
II. Zdania z „to”
Ten błąd widuję nawet w tekstach naukowych. Swoją drogą, czasem nie mogę wyjść z podziwu, że ten czy ów doktor, piszący po polsku gorzej od leniwego gimnazjalisty, zaszedł tak daleko. Zaszedł i pisze:
Zjawisko głosowania wbrew woli wyborców, to normalność w polskim parlamencie. Ten obraz, to wołanie o wolną Polskę.
Teraz o wspomnianej na wstępie infekcji telewizyjnej. Ten i ów pamięta być może głośną niedawno sprawę zatrzymania przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego b. dowódcy tej formacji. W jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych napisano na pasku:
CZY ZATRZYMANIE GEN. PYTLA, TO SPRAWA POLITYCZNA?
Diabli wiedzą, pewne jest natomiast, że przecinki w takich zdaniach są absolutnie nie na miejscu. Przecież nawet smarkacze piszą na murach:
SEBA TO KAPUŚ
Bez przecinka, a jakże. Tu również sytuację zmienia zdanie wtrącone:
Seba, który wisi mi dwie stówy, to wredny konfident. Sylwia, którą wszyscy znacie, notorycznie się puszcza.
III. Zbędne przecinki przed „niż”
Podobne kłopoty sprawia słówko „niż”, paskudne m.in. dlatego, że może być spójnikiem albo przyimkiem. Służy ono do porównywania różnych rzeczy, ale nie do tego, by stawiać zbędne przecinki:
Prezes jest sprytniejszy, niż przewodniczący. Kot jest bardziej inteligentny, niż pies.
Nie tak, panowie, nie tak. W zdaniu pojedynczym nie stawiamy przecinka przed elementem porównywanym.
Korekta tekstu i jego redakcja – praktyczne porady dla autorów
Wielu spośród moich Klientów to osoby, które z usług korektora korzystają po raz pierwszy. Często spotykają się więc z sytuacjami zaskakującymi, których można uniknąć, wiedząc z góry, jak przebiega korekta tekstu i jego redakcja. Oto więc garść praktycznych informacji i porad, które przydadzą się przede wszystkim tym, którzy wysyłają teksty do mnie, ale i tym, którzy wybiorą innych korektorów.
Redakcja i korekta tekstu – dwa podstawowe etapy pracy redakcyjnej
Jest coś, co trzeba powtarzać do znudzenia. Korekta to powszechnie używane pojęcie, które dla wielu oznacza jednorazową pracę nad tekstem otrzymanym od autora i pozbawiającą go wszelkich błędów. W rzeczywistości jednak korekta to coś innego, o czym za chwilę. Pierwszym etapem pracy nad tekstem jest redakcja. Pojęcie to oznacza pierwsze czytanie materiału i jego wszechstronną obróbkę:
wszelkiego typu poprawki językowe (usuwanie błędów ortograficznych, stylistycznych, interpunkcyjnych, fleksyjnych i literówek);
poprawianie treści – tu redaktor sprawdza, czy tekst „trzyma się kupy”, a więc jest logiczny, spójny, nie ma w nim fragmentów wykluczających się nawzajem (np. w trzecim rozdziale autor pisze, że zabójstwa dokonano ok. 23.00, a w siódmym, że nad ranem). W miarę możliwości sprawdza elementy merytoryczne (czy aby na pewno Glock strzela amunicją 7,64 mm?), daty etc. Może dojść do wniosku, że czegoś w tekście jest za dużo, a czegoś innego brakuje. Nie oznacza to jakiejś masakry – najczęściej redaktor nie poprawia tego wszystkiego sam, a jedynie sygnalizuje autorowi miejsca wymagające jego zdaniem poprawienia.
poprawki natury technicznej, najczęściej w postaci ujednolicenia zapisu, np. wcięć akapitowych, odstępów, różnych elementów formatowania tekstu etc.
Być może potrzebna będzie także korekta tekstu. Wiedz jednak i pamiętaj: redakcja nie pozbawi tekstu, zwłaszcza długiego, absolutnie wszystkich błędów. To jedynie „obróbka zgrubna”, którą można porównać do pracy piłą, młotkiem, szlifierką kątową i wiertarką. Tylko teksty krótkie zostaną poprawione w stu procentach. Teksty dłuższe wymagają korekty, którą można porównać do pracy papierem ściernym i pędzelkiem. Co dzieje się z tekstem dalej? Po redakcji tekst wraca do autora. Jeżeli trzeba, ten w porozumieniu z redaktorem (czasem są to nieporozumienia!) dokonuje poprawek: zmienia, przenosi, usuwa, dopisuje itp. W zależności od wstępnych ustaleń redaktor może zweryfikować te poprawki lub nie.
Korekta tekstu to jego precyzyjne poprawianie i dopieszczanie
Teraz możemy wyjaśnić, czym korekta tekstu jest naprawdę. Pojęcie to oznacza drugie (a bywa, że i trzecie lub czwarte) czytanie tekstu, mające na celu usunięcie wszystkich błędów. Tu nie ma już poważnych ingerencji w tekst, jego strukturę, treść itp. Chodzi o wyłapanie wszystkich nieprawidłowości, jakie powstały w toku poprawek redakcyjnych lub zostały w ich trakcie pominięte. Korekta może być wykonywana przed składem lub po nim (wtedy najczęściej korektor poprawia tekst w PDF). Korekta oznacza więc pracę nad tekstem już profesjonalnie zredagowanym.
Korektę powinna wykonywać inna osoba niż redaktor. Dlaczego? Co dwie głowy i dwie pary oczu, to nie jedna – to najprostsze uzasadnienie. Owszem, można zlecić obie usługi tej samej osobie, ale trzeba pamiętać, że są to dwie różne usługi, że nie są wykonywane jednocześnie, ale jedna po drugiej, a także, że za każdą z nich trzeba osobno zapłacić.
Co do mnie, współpracuję z pewną korektorką, osobą wyspecjalizowaną właśnie w precyzyjnej obróbce już zredagowanych tekstów. Polecam ją moim Klientom po wykonaniu dla nich redakcji.
Ile korekt należy zlecić? Jedna to minimum, taki wariant ekonomiczny. Im bardziej istotna jest pełna poprawność tekstu, tym więcej korekt trzeba wykonać. Zauważ, że błędy znajdujesz niemal w każdej książce, którą wypożyczasz z biblioteki albo kupujesz w księgarni. Skąd się one biorą? Przede wszystkim z pośpiechu, z wyśrubowanych norm ilościowych dla korektorów, a także z oszczędzania na korekcie, którym grzeszy wiele wydawnictw.
Jak się przygotować na współpracę z redaktorem
Zarezerwuj budżet i czas
Jeśli chodzi o budżet, to koniecznie zapoznaj się z cennikiem. Pozwoli Ci to przynajmniej orientacyjnie ustalić, ile trzeba będzie zapłacić. W wypadku krótkich tekstów są to kwoty niewielkie, ale jeśli masz do zredagowania książkę, to musisz się liczyć z wydatkiem określanym liczbą czterocyfrową. Taka książka to ileś dni pracy redaktora – nie jest to więc usługa tania, tym bardziej że ma charakter ekspercki.
Teraz trzeba do redaktora napisać, pytając o wycenę i możliwy termin realizacji. Załącz tekst. I tu uwaga: Nie licz na to, że Twój tekst trafi na warsztat od razu. Profesjonalny korektor rzadko ma wolne. Na ogół nad czymś pracuje, a w kolejce czeka już następny tekst albo kilka. Bierz to pod uwagę. Oczywiście możesz napisać do dziesięciu na raz i trafić na kogoś, kto akurat nie ma nic do roboty, ale to się albo uda, albo nie. Z przewagą „nie”.
Ile trwa korekta tekstu?
To też możesz sobie w przybliżeniu obliczyć, znając objętość tego, co wysyłasz do redakcji. Przyjmuje się, że redaktor poprawia dziennie do 40 tysięcy znaków ze spacjami. Czemu nie więcej? Owszem, teoretycznie może więcej, ale powyżej tej granicy jego wzrok jest już zmęczony, uwaga i koncentracja słabną, spada więc jakość usługi. Korekta jest mniej więcej dwukrotnie szybsza, oczywiście pod warunkiem, że tekst został przedtem fachowo zredagowany.
Wyobraźmy sobie, że Twój tekst to książka o objętości 350 000 znaków ze spacjami. Możesz założyć, że dziennie opracuję 1 arkusz wydawniczy, czyli 40 000 zzs. To oznacza, że na redakcję Twojej książki potrzebuję dziewięciu dni. Jeżeli założysz, że po redakcji odeślesz mi tekst ze swoimi poprawkami, które będę musiał sprawdzić przynajmniej pod kątem językowym, zarezerwuj więcej czasu. Na korektę tekstu możesz zarezerwować połowę czasu przeznaczonego na redakcję, ale pamiętaj, że to może potrwać nieco dłużej, zwłaszcza jeśli korektor(ka) ma akurat dużo zleceń. Reasumując: nie spiesz się, nie wyznaczaj sobie ani innym nierealnych terminów, bo redakcja i korekta mogą przekreślić Twoje plany.
Jak przygotować tekst dla redaktora
„Jak to – przygotować?!”, zapytasz pewnie w tym miejscu. „Od tego jest redaktor, za to mu płacę, żeby usunął wszelki bałagan, to nie moja rola”. No niby tak. Ale czy pojedziesz do warsztatu brudnym, zabłoconym samochodem? Czy oddasz krawcowej do przeróbki brudne, przepocone rzeczy? Nie wierzę. Na pewno samochód umyjesz, a ciuchy wypierzesz, „bo to nie wypada”. Z tekstem do redakcji jest tak samo. Nie tylko nie wypada, ale i nie opłaca się wysyłać redaktorowi tekstu niechlujnego, napisanego byle jak, nieprzeczytanego przed ekspedycją. Redaktor go prawdopodobnie przyjmie, ale korekta tekstu będzie kosztowała więcej. Warto?
Przygotuj więc tekst dwojako:
1. Na etapie pisania: nie szarżuj z formatowaniem i ozdobnikami. One nie ułatwią pracy, a wręcz przeciwnie. Ogranicz się do nagłówków (H1, H2, H3), boldowania i kursywy. Nie wstawiaj pól tekstowych ani żadnych łamańców. Możesz je dodać po redakcji, a przed ewentualną korektą. Jeżeli tekst będzie publikowany w Internecie albo ukaże się drukiem po składzie (DTP), to w ogóle nie ma większego sensu go formatować – to wszystko się przecież pozmienia. Możesz więc np. zrezygnować ze wstawiania fragmentów tekstu w ramkach, a zamiast tego umieścić znaczniki typu [ramka] [/ramka]. Najprościej rzecz ujmując: im mniej dodatków, tym lepiej. I żadnych makr!
2. Po napisaniu: zadaj sobie choćby tyle trudu, by poprawić słowa, które Word (słusznie) podkreśli na czerwono. Usuń zauważone literówki. Jeśli tylko czas Ci na to pozwala, zrób to nie od razu po napisaniu, ale najwcześniej następnego dnia. Zauważysz wtedy więcej. I nie martw się, że wyręczysz redaktora: najprawdopodobniej zdziwisz się, jak dużo poprawek i tak naniesie.
Przyślij cały tekst, nie po kawałku i nie fragmenty
3. I jeszcze jedno: wyślij redaktorowi cały tekst i to w ostatecznej wersji. Nie wysyłaj po kawałku, a gdy już wyślesz, nawet nie myśl o tym, żeby jeszcze coś zmieniać. Wyobraź sobie, że redaktor opracował już połowę tekstu, a Ty wpadasz wtedy na pomysł, żeby wysłać mu nową wersję. Ma poprawiać od początku? Wyobraź sobie też, że piszesz długi tekst, np. książkę, która ma 20 rozdziałów. Jeżeli redaktor dostanie ją w całości, to jest szansa, że pracując nad rozdziałem XVII, będzie jeszcze pamiętał, co napisałeś w rozdziale IV. Jeśli natomiast będziesz mu to dostarczał we fragmentach, to bądź pewien, że o spójność całości redaktor nie będzie w stanie zadbać, zwłaszcza że pracę nad kolejnymi częściami będzie przerywał i zajmował się w tym czasie innymi tekstami. Zwyczajnie nie spamięta, z czym ma do czynienia.
Pamiętam klienta, dla którego redagowałem książkę pełną przypisów. Gdy otrzymał poprawiony tekst, przyszło mu do głowy, żeby niektóre przypisy usunąć, a wstawić w ich miejsce inne. I wszystko mu się cudownie posypało… Oczywiście nie umiał sam tego naprawić, więc płacił kolejny raz za fachową pomoc. Nie idź w jego ślady!
Podsumowanie
1. Redakcja (obszernego tekstu) powinna iść w parze z korektą. Co najmniej jedną. 2. Pojedyncza redakcja nie gwarantuje usunięcia z tekstu wszystkich błędów. 3. Redakcja i korekta tekstu wymagają czasu, a wybrany korektor niekoniecznie jest od razu do Twojej dyspozycji. 4. Nie utrudniaj redaktorowi pracy, ale postaraj się ją ułatwić. Warto.
Nazwisko i imię czy odwrotnie? PRL kontra współczesność
Nazwisko i imię stanowią parę, ale w jakiej kolejności powinny występować? Wczoraj dostałem maila. Jego nadawcą jest człowiek pracujący jako doradca w pewnej firmie. Zdecydowanie zna się na tym, o czym do mnie napisał – jest fachowcem, specjalistą, może nawet ekspertem w swojej dziedzinie. Jest też stosunkowo młodym człowiekiem (sądząc po głosie – wcześniej rozmawiałem z nim przez telefon), toteż raczej nie może pamiętać czasów, gdy w Polsce władza zwracała się do swoich „poddanych” w dość charakterystyczny, celowo upokarzający sposób, wymieniając nazwisko. A jednak…
A jednak jego adres e-mail to (dane fikcyjne):
Kacperski Krzysztof <krzysztof.kacperski@jakasdomena.pl>
Kiedy dostaję maile z takimi adresami nadawców, mam ochotę odpisać „Wiecie, Kacperski, sprawa wygląda następująco…”.
Taka pisownia znakomicie sprawdziłaby się, gdyby pan Kacperski regularnie korespondował z Węgrami. U nich zyskałby za to pewnie kilka punktów. W Polsce – wręcz przeciwnie. Podawanie nazwiska przed imieniem automatycznie plasuje człowieka w grupie podrzędnej, w grupie ludzi, nad którymi inni mają przewagę i którym mogą wydawać polecenia. Po nazwisku zwraca się do uczniów nauczyciel (jeśli chce zaakcentować swoją przewagę), po nazwisku do żołnierza może się zwracać przełożony, ale już chyba nawet dyrektor firmy nie woła pracownika „Kacperski, chodź pan tu na chwilę!”.
Skąd się wziął ten ohydny zwyczaj podawania najpierw nazwiska, potem imienia? Kojarzy mi się on trochę z przesłuchaniem na komendzie milicji:
– Nazwisko i imię, imię ojca, data i miejsce urodzenia?
– Maciaszczyk Józef, syn Stefana, urodzony…
Nazwisko i imię: skąd wziął zwyczaj, by najpierw wymieniać to pierwsze?
Trudno powiedzieć, ale być może pewien wpływ na postanie tego zwyczaju miały rozmaite peerelowskie kartoteki. Komputerów wtedy jeszcze nie było (nie tylko w Polsce!), toteż dane obywateli, pracowników itp. gromadzone były w przepastnych szufladach na kartach, ułożonych alfabetycznie:
Kacperski Krzysztof
Kaderek Jan
Leśniak Maciej
Matkowska Aniela itp.
Potulny i usłużny obywatel PRL, chcąc pomóc władzy (choćby to była tylko kadrowa w jego zakładzie pracy), przedstawiał się więc najpierw nazwiskiem, a potem imieniem, i tak też podawał swoje dane adresowe w pismach do wszelkich instancji:
Kacperski Krzysztof
ul. Niegramatyczna 6 m. 4
99-987 Przymułowo
Te czasy minęły! Dziś podajemy zawsze najpierw imię, potem nazwisko.
Wielka i mała litera: mała różnica, a znaczenia słowa różne
Jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni do tego, że imiona piszemy wielką literą. Trudno o prostszą zasadę. Zasady mają jednak to do siebie, że są od nich wyjątki. Co więcej, to samo słowo może mieć różne znaczenia w zależności od tego, jaką literą się zaczyna.
Mam na imię Marek. Nikt chyba nie ma wątpliwości, jak to się pisze. Moje imię można jednak napisać także małą literą, a wtedy oznacza co innego:
Tłuczesz się jak marek po piekle. Jesteś nocnym markiem.
Bo wbrew pozorom nie o imię w tych zdaniach chodzi. Ów marek to męska forma mary, zjawy, ducha, przywidzenia.
Ach, ci janusze…
Ogromną popularność zdobyły w ostatnich latach określenia „janusz” i „grażyna”. Piszemy je małą literą, bo nie oznaczają imion, lecz ludzi, którym przypisujemy rozmaite negatywne cechy.
Tylko janusze biznesu nie odkładają środków finansowych na trudne czasy. Stoję sobie w kolejce, aż tu nagle popycha mnie jakaś grażyna.
Przejdźmy do przykładów bardziej znanych. Aktor Olbrychski ma na imię Daniel. Zarazem jednak daniel to zwierzę – ssak z rodziny jeleniowatych, występujący także w Polsce. Z kolei Karolinka to mała lub zaprzyjaźniona Karolina. Nie wszyscy wiedzą jednak, że jest i karolinka – wodny ptak z rodziny kaczkowatych.
Majuskuły i minuskuły
Wielkie litery to – o czym niewielu zapewne wie – tzw. majuskuły. Małe zaś to minuskuły. Pisownia w wielu jeszcze przypadkach przesądza o znaczeniu danego rzeczownika. Rodowita mieszkanka Budapesztu to Węgierka. Jeśli jednak to samo słowo zacząć od małej litery, będzie oznaczało śliwkę. Szwed to mieszkaniec Szwecji, szwed natomiast jest rodzajem nastawnego klucza. Żeby było jeszcze ciekawiej: szwedka to kula do podpierania się, a przed laty słowo to oznaczało rodzaj letniej kurtki. Takich par jest jeszcze wiele, np. Amerykanka i amerykanka, Polka i polka, Arab i arab (koń), Finka i finka, Japonki i japonki, Odra i odra (choroba), Dania i dania, Szwajcar i szwajcar (portier), Żyd (narodowość) i żyd (wyznawca judaizmu). To tylko wielkość pierwszej litery, nic więcej.
Pisownia jest ważna, naprawdę, choć wielu jest takich, którzy machają ręką na jej poprawność. Przeczytaj też: Wielka litera w zaimkach
Niepalenie, niewchodzenie – pisownia „nie” z rzeczownikami
Są takie normy w języku polskim, które wzbudzają wątpliwości u wielu piszących teksty. Niby wszystko jest jasne, ale gdy napisać dane słowo zgodnie z regułą, to ono jakoś „źle wygląda”, chciałoby się inaczej. Tak jest między innymi z przedrostkiem „nie” i – przynajmniej niektórymi – rzeczownikami. A reguła jest zupełnie jednoznaczna:
„Nie” z rzeczownikami piszemy łącznie
Uprasza się o niepalenie. Prosimy o niewchodzenie z psami. Nieczytanie poradników to oszczędność czasu i pieniędzy.
Warto zwrócić uwagę na to, że w podanych wyżej przykładach chodzi o rzeczowniki odczasownikowe. Taki rzeczownik, utworzony z czasownika (pływać => pływanie) nazywamy gerundium. O ile więc „niebyt” nie budzi niczyich wątpliwości, o tyle słowo „niebycie” może u niejednego piszącego spowodować chwilę wahania.
Są jednak sytuacje, w których „nie” i rzeczownik piszemy oddzielnie.
Pierwsza z nich to taka, w której wyjaśniamy, że nie coś, tylko coś innego:
Nie palenie tytoniu, ale picie alkoholu jest największym problemem społecznym. Pamiętaj, że nie milczenie, lecz mówienie służy komunikacji.
Również w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z orzeczeniem imiennym (złożonym), w którym rzeczownik jest orzecznikiem, a łącznik pozostaje ukryty:
To nie [jest] wstyd być na końcu, niech się wstydzi, kto w ogóle nie dojdzie. Nie ciesz się, to jeszcze nie [jest] koniec. Wtedy, gdy poddajemy w wątpliwość dwie identyczne formy: Robota nie robota, a zapalić trzeba. Fachowiec nie fachowiec, na początku będzie mało zarabiał.
I wreszcie po „bynajmniej” i „wcale”:
Wniosło to dwóch facetów, bynajmniej nie osiłków. Wcale nie charyzma jest jego największym atutem.
Nie męcz się!Jeżeli masz problemy z pisownią, nie męcz się z nią, tylko spokojnie napisz swój tekst, a następnie prześlij go do korekty!×Odrzuć alert
No dobrze, a nazwy własne?
I u jest problem, bo jak zaprzeczyć poprzez „nie” takie słowa jak „Polak” czy „Europa”? Są to nazwy własne, dlatego obowiązuje tu inna reguła: użycie łącznika:
Nie będzie mi tu jakiś nie-Polak dyktował, co mam robić we własnym kraju.
To był dziwny krajobraz, rzecz by można: nie-Europa. Nie dziw się więc, Czytelniku, jeśli natrafisz gdzieś na „niewejście”, „nieostrzeżenie” czy „niezakwalifikowanie się” – są to formy jak najbardziej prawidłowe.
Trudno powiedzieć czy ciężko powiedzieć?
Pouczymy się trochę poprawnej polszczyzny? Pouczymy. Dawno już tego nie robiliśmy, prawda? Dziś w takim razie o pewnej epidemii językowej, którą obserwuję w poprawianych tekstach. Zdumiewającą dla mnie popularność zdobywa mianowicie przysłówek „ciężko”. Ciężko powiedzieć, ciężko ocenić, ciężko odgadnąć itp. Używanie tego słowa jako zamiennika „trudno” nie jest stylistycznym mistrzostwem, ale czy jest też błędem językowym?
Zacznijmy od przywołania tego, co głoszą specjaliści z Poradni językowej PWN. Trudno i ciężko to synonimy, przy czym to drugie słowo ma charakter potoczny. Innymi słowy:
Mów „ciężko”, pisz „trudno”
Oczywiście możesz też mówić trudno, będzie to jak najbardziej prawidłowe. Zatem:
No tak, ale trudno powiedzieć, co z tego wyjdzie. Wiesz, że trudno ocenić, czy to właściwa postawa. Niestety, trudno będzie z tego wybrnąć. Czasami nie do końca zgadzam się z autorytetami z PWN i tak jest również w tym wypadku. Wyobraźmy sobie mianowicie sytuację przeprowadzkową.
Jak widać na obrazku, wtaszczenie tego kartonu na górę nie będzie łatwe. Wyobraźmy sobie jednak, że ekipa przeprowadzkowa ma do czynienia nie z kartonem, a z fortepianem. Co gorsza, właściciel instrumentu kupił mieszkanie w dziesięciopiętrowym apartamentowcu, na samej górze. Windy towarowej nie ma. Jedyną możliwą do pokonania drogą są schody. Co powiedzą tragarze po dowiezieniu fortepianu pod budynek?
Nie no, oczywiście, najpierw powiedzą „o kurwa”. A co potem: ciężko go będzie wnieść czy trudno go będzie wnieść?
Powiedziałbym, że i ciężko, i trudno. Ciężko, bo fortepian swoje waży, a pokonać trzeba będzie aż 10 pięter. Zarazem też trudno, bo przecież na każdym półpiętrze i piętrze trzeba będzie zmieniać kierunek, a klatka schodowa jest wąska, na dodatek przy schodach jest poręcz.
Czym się różni „trudno” od „ciężko”?
Trudno kojarzy mi się przede wszystkim ze stopniem skomplikowania czegoś, z liczbą przeszkód. Jeżeli trudno będzie coś osiągnąć, trzeba najpierw pogłówkować, pokombinować, starannie wszystko przemyśleć, zaplanować etc.
Z kolei ciężko oznacza dla mnie, że coś będzie wymagało wysiłku, być może fizycznego.
Wnoszenie fortepianu po schodach będzie trudne, bo trzeba będzie tym instrumentem manewrować na ciasnej klatce schodowej. Będzie też ciężkie ze względu na dystans do pokonania i wagę instrumentu. Występuje więc pewna różnica znaczeniowa, prawda?
Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś spocił się z wysiłku, rozwiązując skomplikowane zadanie matematyczne. Z kolei wnoszenie po schodach kafelków w kartonach po 20 kg każdy nie jest zadaniem trudnym (kartony są niewielkie, manewrować nie trzeba), ale na pewno ciężko będzie te kafelki wtaszczyć na górę. Tu faktycznie ktoś się spoci.
Może więc jednak trudno i ciężko nie są lub nie zawsze są synonimami?
Dwie alternatywy, czyli jeden błąd językowy
Mam właśnie przed oczami tekst w pewnym blogu finansowym. Autor rozprawia się w nim bezlitośnie z rządowym projektem ustawy likwidującej Otwarte Fundusze Emerytalne. Jego zdaniem, jest to rozwiązanie niekorzystne dla przyszłych emerytów, którzy zostaną postawieni przed pytaniem, czy pozostawić swoje oszczędności w OFE przekształcanym w IKE, czy też przenieść je do ZUS-u. I pisze tak:
Mamy zatem dwie alternatywy:
zadeklarować przeniesienie środków do ZUS, gdzie nie zostaną opodatkowane opłatą przekształceniową i będą waloryzowane w zależności od PKB
pozwolić na przeniesienie środków do IKE po opodatkowaniu 15% podatkiem gdzie będą podlegały wahaniom rynkowej wyceny aktywów
Ubawiłem się nieźle, ponieważ autor w swoim tekście nazywa dziennikarzy nieukami, tymczasem sam popisuje się szkolnym błędem. Jakim?
Alternatywa to dwie możliwości. Często są to możliwości wykluczające się nawzajem. Nie ma więc czegoś takiego jak „dwie alternatywy”. To bardzo rozpowszechniony błąd. Niektórzy piszą nawet, że „do wyboru jest kilka alternatyw”. Nie, jest kilka wariantów, możliwości, opcji, ale nie alternatyw. Najkrócej mówiąc:
Alternatywa = albo rybka, albo stypka
Owszem, na siłę dałoby się utworzyć taką konstrukcję, w której byłoby kilka alternatyw, ale musiałaby wyglądać mniej więcej tak:
Adam zastanawiał się, co najpierw powinien rozstrzygnąć. Miał przed sobą kilka alternatyw: rzucić Ewę lub z nią zostać, sprzedać samochód lub go zachować, sprawić sobie psa albo kota, wreszcie – rzucić palenie albo zacząć picie.
Zauważ, że w tej konstrukcji rzeczywiście występują alternatywy albo – albo i o tyle mówienie o kilku alternatywach jest usprawiedliwione. Na co dzień jednak mamy do czynienia każdorazowo z jedną alternatywą, nie kilkoma.
Czym zastąpić słowo „alternatywa”?
Zawsze można użyć słowa „dylemat”. Jest to także „wybór” albo „zagwozdka”. Kto lubi trudne słowa, może sięgnąć po „dysjunkcję”. Przede wszystkim jednak trzeba zapamiętać to, o czym pisałem powyżej: alternatywa to dwie możliwości do wyboru, a nie jedna z dwóch lub więcej możliwości. Co ciekawe, Słownik wyrazów obcych podaje także inne znaczenie tego słowa:
«grupa ludzi niezależnych (np. od wielkich koncernów lub wytwórni), tworzących coś odmiennego od powszechnie obowiązujących wzorów, zwłaszcza w dziedzinie kultury»
Piszemy poprawną polszczyzną: co ma firma do wyglądu?
Błędami opisanymi w niniejszym tekście grzeszą dziś niemal wszyscy oprócz purystów językowych. Jeden z tych błędów bierze się prawdopodobnie z chęci dodania przymiotnika, żeby poprawić rytm wypowiedzi, drugi natomiast to, jak mniemam, zgubny wpływ angielszczyzny. Choć nie jestem pewien.
Wyobraźmy sobie klienta agencji reklamowej. Pozachwycał się urodą sekretarki, dał się przekonać do proponowanej mu treści i formy zamawianego folderu, zaakceptował nawet cenę, ale nagle z głupia frant pyta:
– A wy to sami wydrukujecie? – Nie – odpowiada mu pracownik agencji. – To już zrobi firma zewnętrzna.
Prawda, że łatwo to określenie spotkać? Firma zewnętrzna… Jeśli takowa istnieje, to zapewne można też gdzieś znaleźć firmę wewnętrzną. Bez sensu.
Jak powinien się wyrazić pracownik agencji, chcąc wyjaśnić klientowi, że druk zostanie zlecony komuś innemu?
Inaczej. Sposobów jest wiele, poczynając chociażby od „drukarnia”. Gdyby jednak się uparł, żeby użyć określenia „firma”, mógłby o niej powiedzieć:
inna firma,
wynajęta firma,
firma, której zlecamy druk,
współpracująca z nami firma etc.
Zapewne ma jednak przed oczami tłumaczenie angielskiego słowa outsourcing:
Nie wiem natomiast, co ma przed oczami ktoś, kto ten sam przymiotnik dodaje do słowa wygląd: – Zafascynował mnie jej wygląd zewnętrzny.
Gdyby przyjąć, że istnieje wygląd zewnętrzny, musiałby istnieć także wygląd wewnętrzny. Gdyby się uprzeć, to można by taki znaleźć – z pomocą przyszedłby zapewne lekarz wykonujący pacjentowi badanie per rectum…
Zostawmy jednak medycynę. Wygląd to po prostu wygląd. Może być szokujący, fascynujący, niedbały, elegancki, luźny… Zewnętrzny być nie może.
W tym miejscu już wiesz, co ma firma do wyglądu: oba te słowa bardzo źle znoszą połączenie z przymiotnikiem zewnętrzny.
Byle bez przesady, czyli: jakim językiem pisać prace naukowe
Nie wiem, ile prac licencjackich, magisterskich i doktorskich zdążyłem dotąd poprawić. Wiele, bardzo wiele. Pracowałem nad takimi, w których wystarczyło dodać brakującą kropkę na końcu przypisu i parę przecinków. Poprawiałem takie, w których ani jedno zdanie nie uchowało się bez mojej ingerencji. Pomagałem obcokrajowcom znającym język polski w stopniu… hmm… powiedzmy: niezbyt zaawansowanym.
Wszystkie one mają pewien wspólny mianownik. Jest nim pretensjonalny, napuszony język. Słowa i zwroty, którymi autorzy starają się wykazać swoje kompetencje, a także zdania tak długie, że oni sami dawno się w nich pogubili. Oczywiście praca naukowa musi być napisana językiem oficjalnym. Promotor zdziwiłby się zapewne, gdyby przeczytał, że Sienkiewicz nie ogarniał kasy, a Skłodowska-Curie postanowiła częściej wbijać do Warszawy.
Nie przesadzaj w pracy naukowej z oficjalnym językiem
Nie znaczy to jednak, że język takiej pracy ma być oficjalny aż do bólu i powyżej tej granicy. Powszechną manierą kandydatów na magistrów i doktorów jest jednak udziwnianie zdań, mające im nadać blichtr naukowości. Klasyczny przykład: nadużywanie słów gdyż i iż.
Kazimierz Wielki był bigamistą, gdyż odesłał swą żoną Adelajdę Heską i poślubił Krystynę Rokiczanę.
Istotnym elementem jest także to, iż technologia ta sprawdza się w każdych warunkach atmosferycznych.
Że byłoby lepsze w tym miejscu. Po co to napuszone iż ?
Kolejny przykład: ulubione słowo fakt.
Generał Kurt von Briesen powstrzymał odwrót Wehrmachtu z uwagi na fakt, że był znakomitym dowódcą.
Tu znów kłaniają się takie słowa jak bo, ponieważ czy bowiem. Fakt można niekiedy zastąpić zwykłym polskim to:
Ze względu na to, że…
Zdania są dłuższe, niż ustawa przewiduje
No i wreszcie długie, koszmarnie długie zdania. Naprawdę nie ma sensu się nimi popisywać: nie tędy wiedzie droga do pokazania swojej wiedzy i warsztatu naukowego. Oczywiście zdania złożone są potrzebne w każdym tekście, ale bez przesady! Czasem mam wrażenie, że autor(ka) danej rozprawy celowo komplikuje tekst do granic możliwości po to tylko, by promotor nie zrozumiał jej intencji. A nie zrozumieć ma, bo intencji nie ma, jest niewiedza albo niepewność co do stawianych tez. W tym miejscu wszystkim piszącym prace dyplomowe i naukowe chciałbym polecić darmowy system sprawdzania czytelności tekstu. Wystarczy wkleić tekst i kliknąć przycisk, a Jasnopis oceni trudność tekstu w skali od 1 do 7, zaznaczy bardzo długie zdania oraz trudne i bardzo trudne fragmenty. Warto też w czasie pisania wyobrażać sobie, że powstający tekst to nie rozprawa na piśmie, ale treść wykładu, który trzeba będzie wygłosić. Powinno to pomóc w formułowaniu myśli prościej, w sposób o wiele bardziej zrozumiały.
Powodzenia – a w razie potrzeby oczywiście służę pomocą.
Około – słowo niby proste, a jednak trudne
Wiadomo, że przyimek „około” rządzi dopełniaczem. Niestety – nie zawsze. Tekst wyjaśnia, jak posługiwać się słowem „około” i po nim następującymi.
Używamy tego słowa wszyscy i bardzo często, ale nierzadko z błędem. Co gorsza, wśród polonistów ma miejsce spór o niektóre zasady jego użycia. „Około” – jak sobie radzić z tym słowem?
Przede wszystkim – i to może sprawiać trudność – należy ustalić, czy w danym zdaniu lub kontekście „około” jest przyimkiem czy partykułą. Ponieważ nie wszyscy pamiętają lekcje gramatyki języka polskiego, użyjmy prostego sposobu.
Przyimkiem „około” jest wtedy, gdy usunięcie go ze zdania uczyniłoby je bezsensownym:
Facet miał około dwóch metrów wzrostu.
Partykułą jest natomiast wtedy, gdy można to słowo usunąć bez szkody dla konstrukcji zdania:
Po (około) dwóch minutach lotu samolot eksplodował.
Oczywiście w tym przykładzie zmieniłaby się nieznacznie treść zdania, ale forma pozostałaby poprawna.
Przyimek „około” rządzi dopełniaczem
To właśnie jest ważna zasada, którą należy zapamiętać:
Szkolenie potrwa około trzech godzin (nie: około trzy godziny). Przyjechało około tysiąca uczestników (nie: około tysiąc uczestników).
Tego należy się bezwzględnie trzymać, a więc:
Mam na koncie około trzech tysięcy. Ważę około osiemdziesięciu kilogramów.
Ta reguła obowiązuje wtedy, gdy czasownik rządzi mianownikiem lub biernikiem.
Test zdało pięćset osób / około pięciuset osób. Rozstrzelano (około) dwudziestu partyzantów.
Reguła przestaje obowiązywać, gdy:
a) czasownik rządzi innym przypadkiem niż mianownik lub biernik:
Dałam kosza około dwudziestu facetom. Ośrodek dysponuje około sześćdziesięcioma miejscami.
b) po przyimkach: Myślałem o około dwutygodniowym urlopie. Dzięki około trzystu wpłatom możliwa była operacja za granicą.
„Około” a liczby nieokrągłe
Tu pojawia się pewien dylemat. Nikt nie zakwestionuje zdania:
Poliglota włada około dwudziestoma językami.
Nie zakwestionuje, bo chodzi o dwadzieścia, a więc liczbę okrągłą. Czy jednak poprawne będzie zdanie:
Piotr włada około dwudziestoma trzema językami.
No nie, to już razi. „Około” jest w tym wypadku zbędne, bo znamy dokładną liczbę. No dobrze, ale co w takiej sytuacji:
Profesor włada około dwudziestoma pięcioma językami. Czy dwadzieścia pięć to liczba okrągła, czy nie? Trudno powiedzieć. Dwudziesta piąta rocznica ślubu to przecież srebrne wesele, znacznie popularniejsze i bardziej znane niż porcelanowe (20 lat od zawarcia małżeństwa) i perłowe (30 lat). W przytoczonym zdaniu „około” nie wydaje się jednak pożądane.
Strona używa cookies w celu zapewnienia najwyższej jakości, a zarazem monitorowania ruchu. Klikając „Akceptuję”, wyrażasz zgodę na stosowanie wszystkich ciasteczek. Możesz też kliknąć „Cookie Settings” i dokonać własnych ustawień.
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. These cookies ensure basic functionalities and security features of the website, anonymously.
Cookie
Duration
Description
cookielawinfo-checkbox-analytics
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Analytics".
cookielawinfo-checkbox-functional
11 months
The cookie is set by GDPR cookie consent to record the user consent for the cookies in the category "Functional".
cookielawinfo-checkbox-necessary
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookies is used to store the user consent for the cookies in the category "Necessary".
cookielawinfo-checkbox-others
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Other.
cookielawinfo-checkbox-performance
11 months
This cookie is set by GDPR Cookie Consent plugin. The cookie is used to store the user consent for the cookies in the category "Performance".
viewed_cookie_policy
11 months
The cookie is set by the GDPR Cookie Consent plugin and is used to store whether or not user has consented to the use of cookies. It does not store any personal data.
Functional cookies help to perform certain functionalities like sharing the content of the website on social media platforms, collect feedbacks, and other third-party features.
Performance cookies are used to understand and analyze the key performance indexes of the website which helps in delivering a better user experience for the visitors.
Analytical cookies are used to understand how visitors interact with the website. These cookies help provide information on metrics the number of visitors, bounce rate, traffic source, etc.
Advertisement cookies are used to provide visitors with relevant ads and marketing campaigns. These cookies track visitors across websites and collect information to provide customized ads.