Zwroty imiesłowowe – z przecinkiem czy bez?

Pocałunek

Sporo problemów sprawiają piszącym teksty wyrażenia imiesłowowe, a więc zawierające imiesłowy z -ąc, -łszy i -wszy na końcu. Jak sobie z nimi radzić?

Zacznijmy od zdań wtrąconych, które należy wyodrębniać przecinkami. Kilka przykładów:

Pijak szedł, zataczając się, w stronę baru.
Politycy, kłócąc się nieustannie, zaniedbują swoje podstawowe obowiązki
Ocknąwszy się, stwierdził, że nie ma telefonu ani portfela.
Słuchałem, robiąc notatki, ale myślałem o Elwirze.

Pocałunek

Ciekawostka: jest wyjątek, a tym wyjątkiem jest „wyjąwszy”. Jak podaje WSO, po zwrotach z tym imiesłowem przecinka nie stawiamy:

Wyjąwszy słodycze nie miał żadnych słabości. (WSO, s. 129)

UWAGA: „wyjąwszy słodycze” znaczy: oprócz słodyczy. Nikt ich z niczego nie wyjmuje.

Kiedy pomijamy przecinek?

Nie stawiamy przecinka między spójnikiem (i, a, iż, że) a wyrażeniem imiesłowowym:

Zamknąłem drzwi i zbiegając po dwa stopnie, znalazłem się na dole. 
Powiedziała mi, iż zdradzając ją, narażę się na rozwód.

Tak mówi zasada, ale jest też inna, uwzględniająca zawieszenie głosu, a więc krótką przerwę. Te same cztery zdania można napisać z dodatkowymi przecinkami, jeżeli chcemy zobrazować pauzę:

Przypuszczam, że, przeczytawszy ten tekst, dodasz go do ulubionych.
Zjadłem śniadanie, i, zapiąwszy płaszcz, wyszedłem do pracy.
Zamknąłem drzwi i, zbiegając po dwa stopnie, znalazłem się na dole. 
Powiedziała mi, że, zdradzając ją, narażę się na rozwód.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że pierwszy i czwarty przykład wyglądają dość nienaturalnie, prawda? Z drugim i trzecim jest znacznie lepiej.

Przecinka nie powinno też być po zaimkach względnych:

Dałem ci przykład, który obrazując to zjawisko, powinien wszystko wyjaśnić.
Napisałem książkę, która szokując ostrą erotyką, skłania jednocześnie do wielu przemyśleń.
Każdy, kto mając długi, zaciąga kolejne, kręci sobie finansowy stryczek. 

No dobrze, ale co w takim razie z Kodeksem karnym? Czytamy w nim na przykład:

Art. 129. Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

Otóż gdyby trzymać się reguł językowych, przecinka po „kto” być nie powinno. Musimy jednak brać pod uwagę, że jest to kodeks, zbiór zasad, tekst prawniczy. Takie teksty rządzą się czasem innymi prawami. Być może zresztą autor tego artykułu założył, że po „kto” następuje zawieszenie głosu, krótka przerwa, pomagająca zrozumieć całość. Tak jest również w innych przepisach Kodeksu karnego. Musimy to uszanować.

Szansa i ryzyko – czy potrafisz używać tych słów?

Szansa i ryzyko

Szansa i ryzyko – dwa z pozoru proste polskie słowa. Mogłoby się zdawać, że używanie ich nie sprawi nikomu kłopotu, a jednak tak nie jest. Zobacz, co się dzieje, gdy ktoś nie do końca rozumie ich znaczenia.

Ostatnio w ramach zawodowych obowiązków trafiłem na pewną stronę internetową, której właściciel zachwala swój produkt służący do monitorowania firmowych pojazdów i pisze tak:

Dobrze jeżdżący kierowca to także oszczędność przy eksploatacji auta, bo zmniejsza szansę na awarię.

Błąd jest ewidentny. Że też nikt go w tej firmie nie zauważył…

Szansa i ryzyko

Znaczenie słów „szansa” i „ryzyko”

Szansa to możliwość, że zdarzy się coś dobrego, pozytywnego. Ryzyko – wręcz przeciwnie: oznacza, że może dojść do czegoś niedobrego, złego, niekorzystnego.
Istnieją jeszcze określenia neutralne, a więc możliwość i prawdopodobieństwo.

Spójrzmy na przykłady:

Jest szansa, że wygram ten konkurs.
Istnieje szansa, że dostanę tę pracę.
Oszczędzanie daje szansę zostania człowiekiem zamożnym.

To stwarza ryzyko, że zbankrutujemy.
Palenie stwarza ryzyko nowotworu lub zawału.
Swoją postawą ryzykujesz, że zwolnią cię z pracy.

Czy można używać tych słów, zamieniając ich znaczenia?

Oczywiście tak, ale wymaga to specyficznego kontekstu.

Wyobraźmy sobie w tym celu małżeństwo państwa Wrednych. Ich związek jest od lat toksyczny. Oboje chętnie by się od siebie uwolnili, ale nie robią tego. Może ze względu na dzieci, może z powodu finansów – nieważne. W każdym razie każde z nich w skrytości ducha życzy temu drugiemu jak najgorzej.

Pan Wredny regularnie grywa w Lotto. Pani Wredna myśli więc sobie po cichu:

Istnieje ryzyko, że on wygra milion. 

Pani Wredna nałogowo pali papierosy. Pan Wredny zaciera ręce:

Jest szansa, że ją przez to szlag trafi.

Można też użyć określeń neutralnych

Być może Bożena zachoruje.
Możliwe, że wygra.
Prawdopodobne jest, że ta podwyżka nie dojdzie do skutku.

W tym ostatnim zdaniu zwróć uwagę na poprawną formę: prawdopodobne (nie: prawdopodobnym).

Przecinek czy kropka po „witam”, czyli: jak napisać maila

Chmura maili

Czy po „Witam” na początku maila powinien być przecinek czy kropka?

Nie zamierzam ukrywać, że to tzw. fraza kluczowa: internauci pytają o to wyszukiwarkę Google, gdy nie wiedzą, jak napisać maila. Jest to moja ulubiona forma pytania, bo równie dobrze można by spytać, czy kontrolerowi biletów w autobusie należy dać kopa czy w mordę. Odpowiedź będzie podobna.

Po pierwsze: precz z „Witam”

Jeśli zastanawiasz się, jak napisać maila, najprawdopodobniej Twoje dociekania dotyczą jego treści merytorycznej, a nie tzw. formuły adresatywnej. Odruchowo piszesz „Witam”, a może nawet słowo to wpisuje za Ciebie program do obsługi poczty. Zapomnij o tym słowie.

Kiedy pojawia się pokusa, żeby go użyć? Przecież nie wtedy, gdy piszemy do kogoś znajomego. Zdarza się to przede wszystkim, gdy piszemy do jakiejś firmy lub instytucji. Chcemy tym słowem wyrazić neutralny stosunek do adresata, a więc żadne „Szanowni Państwo” nie przejdzie nam przez palce, choć powinno. Ale pomyśl: czy gdybyś tę samą treść wysyłał listem tradycyjnym, takim w kopercie ze znaczkiem, zacząłbyś od „Witam”, czy jednak od „Szanowni Państwo”?

No właśnie.

Nie używaj „Witam!” na początku maila. 

Jeżeli nie chcesz „uszanować” adresata, napisz „Dzień dobry” (albo „Dobry wieczór”, jeśli maila wysyłasz późną porą).

A co po „Dzień dobry” lub „Szanowni Państwo”?”
Przecinek, a potem pierwsze zdanie, zaczynające się małą literą. Na przykład:

Dzień dobry,
chciałbym zapytać, czy Państwa firma świadczy usługi redakcji i korekty tekstów.

Rzecz jasna, można też zaczynać od zwrotu typu:

  • Panie Dyrektorze,
  • Pani Doktor,
  • Panie Redaktorze,
  • Panie Krzysztofie etc.

Tu również następuje przecinek, a pierwsze zdanie zaczynamy małą literą.

Chmura maili

Mail do znajomego, członka rodziny, przyjaciela, dziewczyny

Tu na początku można się przywitać, ale nie przez „Witam”, tylko sympatyczniej:

Cześć, Aniu!
Siema, Gruby!
…zawsze z przecinkiem po słowie powitalnym.

Gdy jesteśmy z kimś w zażyłości, po formule adresatywnej używamy wykrzyknika, a pierwsze zdanie zaczynamy wielką literą:

Cześć, Kaśka!
Czemu nie odbierasz telefonu? Dzwonię i dzwonię, a Ty nie odpowiadasz. Czy coś się stało?

Gdy piszemy do osób znajomych lub bliskich, z którymi jesteśmy na ty, możemy też zrezygnować z „oddawania czci” na początku. Zamiast tego możemy napisać:

  • Kasiu!
  • Droga Ciociu!
  • Kochany Jacku!

Formy grzecznościowe w treści

Zwróć uwagę na pogrubione słowa:

Bardzo interesuje mnie Twoje zdanie na mój temat.
Byłabym rada, gdyby zechciał mnie Pan odwiedzić.
Wiedz, że Twoje słowa sprawiły mi dużą przykrość.

To bardzo prosta zasada, ale wciąż sprawia trudność wielu piszącym. O ile chyba wszyscy wiedzą, że wielką literą piszemy określenia odnoszące się do osoby, do której się zwracamy, o tyle o sobie piszemy zawsze małą. A więc: Ty, Pan, Twoje, Pańskie, Pani, Wy, Wasze, ale: ja, my, moje, nasze, nas.

Pamiętaj: o sobie pisz (nie tylko w listach i mailach) zawsze małą literą, nigdy dużą!

Jak zakończyć maila

Z reguły kończymy wiadomość wyrazami szacunku albo pozdrowieniami. Jeśli kończą one wiersz, nie stawiamy po nich przecinka:

Z poważaniem
Ewa Kowalewska

Pozdrawiam serdecznie
Krzysztof Kubiak

Trzymaj się ciepło
Twój Misiaczek

Tania korekta tekstów? Tak, w abonamencie

Abonament na korektę
Abonament na korektę

Blogujesz albo stale aktualizujesz swoją firmową stronę www. Wiesz, że popełniasz rozmaite błędy. Przydałaby się więc tania korekta tekstów, ale gdzie ją znaleźć? Dobry korektor to ekspert, jego usługi nie mogą być świadczone za grosze. Dowiedz się, jakie rozwiązanie masz do dyspozycji.

Tania korekta tekstów do publikacji to usługa poszukiwana przez wielu blogerów i wydawców. Niestety, jest to praca żmudna, wymagająca ogromnej wiedzy i doświadczenia, toteż profesjonalny korektor wycenia ją zgodnie z jej wartością. Musi też brać pod uwagę swoje koszty: to nie jest zabawa, ale praca dla chleba. Z tej pracy ktoś musi utrzymać firmę, siebie, rodzinę – nie będzie to
możliwe za groszowe stawki.

Po co tania korekta tekstów, skoro można za darmo?

Tak myśli wielu, gdy korzysta z opcji sprawdzania pisowni w Wordzie, edytorze Open Office czy Libre Office. Wydaje im się, że są to narzędzia nieomylne, wychwytujące wszystkie błędy. Nic podobnego. Napisano je z myślą o języku angielskim – być może w nim to działa, ale już w bardzo przecież skomplikowanej polszczyźnie takie dodatki do edytorów tekstu zdumiewająco często się gubią.

„Ale przecież jest languagetool.org!”, przypominają sobie wtedy i pędzą wkleić swoje teksty do tego darmowego narzędzia. Po co płacić, skoro można za darmo? Ano można, ale ile jest warte to darmowe narzędzie? Przekonajmy się o tym, dając mu do sprawdzenia króciutki tekst z czterema błędami:

No errors?

No właśnie. No errors were found, choć jest tu i ortograf, i literówka, i błąd językowy. Tyle są warte automatyczne narzędzia do sprawdzania pisowni.

Nie, wcale nie twierdzę, że są kompletnie nieprzydatne, sam z nich korzystam, ale dopiero po tym, jak sprawdzę i poprawię tekst sam. Czasem się zdarza, że w ten sposób wyłapię np. jakąś przeoczoną w ferworze pracy literówkę. Korektora jednak takie wynalazki nie zastąpią, bo maszyna zna słowa, ale nie zna kontekstu ani wielu reguł rządzących językiem polskim.

Czym zatem jest tania korekta tekstu? Kosztuje ona oczywiście, darmowa być nie może, ale kosztuje mniej niż zwykła – u mnie o trzydzieści procent mniej.

Korekta tekstu tanio – jak to działa?

Sekret tkwi w abonamencie. Dzięki niemu ja mam stałego klienta (oszczędzam więc czas i pieniądze, jakie musiałbym zainwestować w poszukiwanie nowych), a klient – „swojego” korektora. To ważne, bo łatwiej się pracuje, gdy zna się już styl klienta i najczęściej popełniane przezeń błędy.

Gdy umówimy się na abonament, robimy tak:
1. Dokonujesz przedpłaty.
2. Zakładam plik w Google Documents, do którego masz dostęp. Za każdym razem, gdy poprawiam Twój kolejny tekst, wpisuję jego tytuł i liczbę znaków ze spacjami. Dzięki temu zawsze wiesz, ile wykorzystałeś, a ile Ci zostało.
3. Gdy Twój limit się wyczerpie albo minie miesiąc, a chcesz nadal korzystać z moich usług, wpłacasz kolejną kwotę. I tak dalej…

Tania korekta tekstów do publikacji

Musimy jednak ustalić jeszcze jedną rzecz: w jakiej formie będziesz mi dostarczać teksty. Może będziesz je przed publikacją przysyłać w pliku .docx, a może zechcesz, żebym poprawiał teksty już opublikowane na Twojej stronie lub blogu i będziesz mi podawać tylko linki do nich. Możesz też, jeśli masz do mnie zaufanie, przyznać mi dostęp do swojego CMS-a, np. WordPressa, żebym poprawiał od razu na stronie.

Jest to po prostu stała opieka redakcyjna. Taka forma świadczenia usług odpowiada mi najbardziej. Lubię stałych klientów, zwłaszcza wtedy, gdy jest między mną a nimi „chemia”. Oczywiście taka opieka możliwa jest wtedy, gdy piszesz często. Jeżeli publikujesz np. zaledwie raz w miesiącu, to na rabat raczej się nie zgodzę. Zainteresowany? Skontaktuj się ze mną, uzgodnimy szczegóły.

Największa zmora korektora – #ludziektórzy…

Ja se poleżę, a on niech poprawia

Trafiają do mnie najrozmaitsze teksty. Krótkie, długie, firmowe, prywatne, literackie, pseudoliterackie, naukowe, pseudonaukowe, marketingowe, reklamowe… Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Piszą je ludzie nie zawsze obdarzeni talentem, ba, zdarzają mi się nawet teksty napisane przez ludzi z ewidentną dysortografią. Nie oni jednak sprawiają mi najwięcej kłopotu, a zarazem nie oni muszą płacić najwięcej.

Potencjalni klienci czasem dziwią się, gdy pytają o cenę usługi, a w odpowiedzi czytają lub słyszą „proszę przysłać tekst”. „Jak to – myślą sobie – tekst to tekst, jest jakaś stawka za stronę, taka sama dla wszystkich i koniec”. Otóż nie, a przynajmniej nie u mnie. Redakcja i korekta tekstu to usługa pracochłonna, wymagająca czasu. Czas to pieniądz. Dziś, gdy mam naprawdę bogate doświadczenie w tej pracy, wystarczy mi bardzo krótkie zapoznanie się z tekstem, bym wiedział, ile czasu będę musiał poświęcić na jego poprawienie.

Panie, ja po to robię błędy, żebyś pan miał co poprawiać

Wbrew pozorom nie zależy to od stopnia skomplikowania tekstu, choć autorzy większości prac naukowych piszą z uporem tak, by nikt ich nie rozumiał. Czasem mam wątpliwości, czy sami rozumieją to, co piszą. Trudne, specjalistyczne słownictwo na ogół występuje w tekstach pisanych mniej lub bardziej poprawnie.

Prawdziwym koszmarem są natomiast teksty pisane z taką oto myślą:

Piszę byle jak, bo chcę wyrazić treść. Od formy jest redaktor i niech on się męczy, za to mu płacę.

W rezultacie otrzymuję czasami teksty tak niechlujne, że ich redakcja i korekta zajmuje dwa lub trzy razy więcej czasu, niż gdyby autor(ka) wpadł(a) na pomysł, żeby może jednak sprawdzić najpierw, co mi wysyła.

Miałem kiedyś klientkę, która przysłała tekst o malarstwie. Kiedy wysłałem jej wersję poprawioną, zadzwoniła z awanturą. Nie podobał jej się sposób, w jaki w tekście podawane były tytuły obrazów. Chciała, by były wyróżniane w inny sposób. Zapytałem nieśmiało, dlaczego w takim razie wyróżniła je inaczej.

– No wie pan?! Coś podobnego! Ja piszę tak, jak uważam za stosowne, a pan ma poprawiać!

Ja se poleżę, a on niech poprawia

Nie skończyło się to sympatycznie, ale mniejsza o to.

Panie, to nie szkoła, teraz mogę pisać byle jak

Czasem dziwię się, że ludzie nie mają żadnych oporów przed przysyłaniem mi tekstów pisanych – no nie wiem – po ciemku, po dużej dawce czegoś mocnego, podczas joggingu, na telefonie (?). Najwyraźniej uznają, że oddawanie tekstów schludnych, przejrzanych i poprawionych mają już za sobą. To było w szkole, może na studiach, wtedy po prostu nie wypadało pokazać nauczycielowi czy wykładowcy tekstu byle jakiego. Teraz to co innego, zwłaszcza gdy komuś się za poprawianie płaci.

Muszę więc poprawiać „kilaka” na „kilka”, „po porostu” na „po prostu”, „ze”  na „że” i tak dalej. Nieważne, że prawie każdy edytor tekstu ma moduł sprawdzania pisowni i podpowiada, co jest nie tak. Nieważne, że w Internecie dostępne są narzędzia do wykrywania elementarnych błędów w pisowni.

Skutek jest oczywiście dwojaki: ja mam więcej pracy, ale klient więcej płaci.

Jeśli więc chcesz za redakcję i korektę płacić mniej, to pamiętaj:

Redaktorowi i korektorowi wysyłaj zawsze tylko taki tekst, jakiego nie wstydził(a)byś się pokazać nauczycielowi, wykładowcy albo szefowi.

A dlaczego?

Bo nie na tym polega moja praca, żeby wyłapywać ewidentne ortografy i literówki.

Od czego jest korektor

Owszem, nimi też się zajmę, ale przede wszystkim powinienem poprawiać te błędy, o których piszący nie wie, że są błędami. Te wszystkie, których nie wskaże mu autokorekta, sprawdzanie pisowni ani żaden skrypt działający Internecie.

Jestem przede wszystkim od tego, by wiedzieć to, czego autor nie wie. Wyłapać to, co on przeoczył. Skorygować miejsca, w których się pomylił.

Dlatego moi ulubieni klienci to ci, którzy wręcz wstydziliby się wysłać mi tekst pełen niepoprawionych literówek. Ci, którzy potrafią mi napisać w mailu „no, tym razem chyba nie poprawi pan nawet przecinka” – i zawsze się potem dziwią.

Bo zawsze coś znajdę.

Pytajnik w tytułach – kiedy należy go pomijać

Znak zapytania w tytułach
Znak zapytania w tytułach

Całe szczęście, że literatura realizmu socjalistycznego nie należy dziś do kanonu lektur w szkołach, ale ja jeszcze miałem obowiązek i wątpliwą przyjemność z nią obcować. I choć książki nie pamiętam, to tytuł „Jak hartowała się stal” utkwił mi w pamięci na dobre.

Ale nie o sowieckiej literaturze będzie ten tekst, lecz o pytajnikach. Zauważmy, że wspomniany wyżej tytuł jest pytaniem, a zatem na jego końcu, przynajmniej teoretycznie, powinien się znajdować stosowny znak:

Jak hartowała się stal?

A znaku nie ma. Dlaczego?

Otóż dlatego, że jest to opowieść o tym, jak hartowała się stal, a nie pytanie, jak to było.

Zajrzyjmy teraz do fikcyjnej gazety, która na pierwszej stronie zamieszcza rozmazaną fotografię jakiegoś duchownego i wielki tytuł:

Dlaczego nikt nie reagował?

Tu pytajnik jest.

Gdybyśmy zajrzeli do Bardzo Mądrych Książek, powiedziałyby nam one, że na końcu zdania pytającego będącego tytułem pytajnik powinien być, ale można go pominąć. Ja postawię sprawę inaczej: czasem należy go pominąć. Kiedy? Gdy tekst zawiera:

  • odpowiedź na pytanie tytułowe lub
  • rozważania uzasadniające pytanie tytułowe, ale niezakończone odpowiedzią.

Jeśli więc gazeta zadaje pytanie „Dlaczego nikt nie reagował?”, to czytelnik spodziewa się tekstu – protestu. Oto jakiś złoczyńca działał przez ileś lat, wyrządzając ludziom rozmaite krzywdy, wiedziało o tym wielu ludzi, ale wszyscy nabrali wody w usta. Nikt nie zgłosił tego na policję, nikt nie interweniował w żaden inny sposób. Artykuł opisze ludzką znieczulicę i będzie jednym wielkim pytaniem: ludzie, dlaczego nikt [z was] nie reagował? No dlaczego?!

Jeżeli jednak blogerka pisze tekst poradnikowy „Jak dobrać kolor pomadki do koloru majtek”, to pytajnika stawiać nie powinna. Jej czytelniczki będą się wtedy spodziewały objaśnienia: należy to robić tak a tak.

Jest wszakże jeden wyjątek, a są nimi pytania rozłączne:

Kawa czy herbata?

Społecznik czy pedofil?

Tu pytajnik być musi i nie ma od tego odwołania. Podsumujmy: pytajnik pomijamy, jeśli tytuł wprowadza tekst informacyjny lub poradnikowy, zawierający odpowiedź na dane pytanie. Stawiamy go, jeśli tekst stanowi rozważania na jakiś temat i odpowiedzi, zwłaszcza jednoznacznej, nie daje.

Współpraca, cudzysłów, dwukropek – czy masz te błędy w swoich tekstach?

Współpraca

Niektóre błędy rozpowszechniły się tak bardzo, że ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z ich popełniania. Dziś chcę pokazać trzy spośród nich. Sprawdź, czy któryś występuje w Twoich tekstach i popraw, jeśli chcesz zwracać się do swoich czytelników lub klientów naprawdę poprawną, dobrze zapisywaną polszczyzną.

Błąd pierwszy: nieprawidłowe stosowanie słowa „współpraca”

Nagminny na stronach i w blogach firmowych, a także w ofertach i niektórych reklamach. Oto np. copywriter zaprasza do współpracy albo obiecuje, że współpraca z nim przyniesie pozytywne efekty w postaci wyższej pozycji w wynikach wyszukiwania, zwiększonej sprzedaży itp. Ale współpraca nie polega na świadczeniu komuś usług ani sprzedawaniu towarów za pieniądze. Nie polega też na kupowaniu czegokolwiek od kogokolwiek.

Współpraca to wspólne działanie np. projektanta i wykonawcy albo działu technicznego i działu marketingu. To nie jest wymiana świadczeń (ty mi pieniądze, ja ci usługę), lecz wspólne robienie czegoś w jakimś celu.

Istnieje, owszem, jeden rodzaj współpracy za pieniądze: ze służbami obcego państwa Nie pisz więc „Serdecznie zapraszam(y) do współpracy”, jeśli chcesz, by ktoś od Ciebie coś kupił. Zapraszaj na zakupy, do zamawiania Twoich usług, do skorzystania z nich itp. Redaktor zawsze taki błąd wychwyci i poprawi.

Współpraca

Błąd drugi: amerykański cudzysłów zamiast polskiego

Grzeszą nim wszyscy, nie wyłączając internetowych wydań gazet. Znaleźć to można zwłaszcza na stronach tworzonych w WordPressie:cudzysłów amerykański: “”.
Taki cudzysłów stosowany jest np. w skryptach PHP. I tam jest jego miejsce.

Prawidłowy cudzysłów w języku polskim wygląda tak: „”.
MS Word PL sam taki wstawia (choć niektórym udaje się – nie wiem jak – oszukać program i wstawiać nieprawidłowe cudzysłowy.

Jak uzyskiwać prawidłowy polski cudzysłów?

Na komputerach z Windows:

1. Mamy włączoną klawiaturę numeryczną (NumLock).
2. Wciskamy i trzymamy lewy Alt. Na klawiaturze numerycznej wystukujemy 0132.
3. Puszczamy lewy Alt.
4. Wpisujemy słowa, które mają się znaleźć w cudzysłowie.
5. Znów wciskamy i trzymamy lewy Alt. Na klawiaturze numerycznej wystukujemy 0148.
6. Puszczamy lewy Alt.

Rezultat tego „wystukiwania” widać w niniejszym zdaniu.Wiem, to wydaje się skomplikowane, ale można się bardzo szybko przyzwyczaić.Jeżeli tworzymy w czystym HTML-u, używamy znaków
„ i ”
.
O komputery Mac proszę mnie nie pytać – nie mam, nie używam, nie wiem.

Błąd trzeci: podawanie godzin(y) jak na wyświetlaczu

Era zegarków elektronicznych przyzwyczaiła nas do widoku godzin i minut rozdzielonych dwukropkiem: 14:20, 16:15 i tak dalej. Taka pisownia nie jest prawidłowa. Dwukropek to także znak dzielenia, więc 16:15 to szesnaście dzielone przez piętnaście, a nie kwadrans po szesnastej.

Prawidłowy zapis godziny: 14.15.

Nasz sklep jest czynny codziennie od 9.00 do 17.00, a w soboty od 10.00 do 14.00.

Nie inaczej!

Na terenie – czym zastępować to peerelowskie określenie

Na terenie

Wciąż straszy to na wielu firmowych stronach WWW, choć zdawać by się mogło, że siermiężny język PRL-u mamy już dawno za sobą. Język ma jednak to do siebie, że raz zakorzeniony zwrot pozostaje w nim na dobre, a walka z nim do łatwych nie należy. Tak jest m.in.z określeniem „na terenie”, powszechnie nadużywanym na firmowych witrynach internetowych.

Weźmy za (zły) przykład pizzerię:

Dostarczamy pizzę na terenie Wrocławia.

Jeszcze gorzej bywa, gdy firma jest z Warszawy, bo nie dość, że „na terenie”, to jeszcze:

Działamy na terenie miasta stołecznego Warszawy.

Gdy zasięg jest większy, firmy piszą z dumą:

Prowadzimy sprzedaż na terenie województwa dolnośląskiego.

W internecie zdarzają się też pracodawcy, chwalący się tym, jak to dbają o załogę:

Na terenie naszego zakładu działa stołówka i przedszkole dla dzieci pracowników. Czym jest teren? Otóż teren to obszar, okolica, jakiś skrawek ziemi. Nie, nie namawiam do zastępowania słowa „teren” w ten sposób.

Na terenie

Czym zastąpić peerelowskie „na terenie”?

Napiszmy te same zdania lepszą polszczyzną:

Dostarczamy pizzę:

  • we Wrocławiu
  • w całym Wrocławiu
  • do wszystkich dzielnic Wrocławia
  • w granicach Wrocławia
  • w całym Wrocławiu

Działamy:

  • w województwie dolnośląskim
  • w całym województwie dolnośląskim
  • na [całym] Dolnym Śląsku

Czas na stołówkę i przedszkole:

Prowadzimy stołówkę i przedszkole.
Mamy stołówkę i przedszkole.
W naszym zakładzie działa stołówka i przedszkole.

Szczypta wielkomiejskiej megalomanii

Tym grzeszą przede wszystkim firmy i instytucje warszawskie, ale zdarza się to też ośrodkom zlokalizowanym w największych miastach: „teren” to dla nich wszystko, co poza Warszawą (albo Poznaniem, Wrocławiem, Łodzią itp.).

Jutro jedziemy w teren = poza [nasze] duże miasto.

A można przecież mówić i pisać:

Jutro jedziemy do Bydgoszczy (a nie „w teren”).
Nasze ośrodki w całej Polsce (a nie „w terenie”) pracują nad tym intensywnie.
Nasze pozawarszawskie (a nie „terenowe”) ośrodki mają spore osiągnięcia.
Dobrze, żeby o tym wiedzieli również ludzie spoza Warszawy (a nie „z terenu”).

Kiedy używać słowa „teren”?

Wtedy, gdy jest to rzeczywiście określenie jakiegoś obszaru lub okolicy, ale nie miasta, gminy, powiatu ani województwa.

Teren wojskowy – wstęp wzbroniony!
To są tereny pod zabudowę.
Na wschodzie znajdują się tereny roponośne.
Ten lesisty teren wkrótce zamieni się w plac budowy. Sprawdź, czy na Twojej stronie WWW wszystko jest pod tym względem w porządku. Chętnie zrobię to za Ciebie – zapytaj o sprawdzenie swojej witryny.

Kłopotliwe słowo „pół” – jak odmieniać np. pół miliona?

Pół księżyca

Z pozoru proste słówko „pół” potrafi wprawić piszącego, a nawet mówiącego po polsku w zakłopotanie. Dopóki występuje w mianowniku („to jest pół litra wódki”) albo w bierniku („przynieś pół litra wódki”), wszystko jest w porządku. Gorzej, gdy mamy do czynienia np. z celownikiem (komu? czemu?).

Wyobraźmy sobie adwokata wyspecjalizowanego w sprawach rozwodowych. Chce się on pochwalić dorobkiem, oświadcza więc, że pomógł się rozwieść pięciuset mężczyznom. Jak ma to wyrazić, jeśli zechce użyć określenia pół tysiąca?

Pomogłem się rozwieść pół tysiącowi kobiet. – źle. Dlaczego?

Liczebnik ułamkowy pół jest słowem nieodmiennym i rządzi wyłącznie dopełniaczem. Prawidłowa wypowiedź brzmi więc:

Pomogłem się rozwieść pół tysiąca mężczyzn.

Weźmy teraz na tapet pół miliona i narzędnik (z kim? z czym?).

Wraz z pół miliona kobiet domagałam się równouprawnienia. Rzecz jasna, gdyby liczebnik ułamkowy był odmienny, powiedzielibyśmy wraz z trzema czwartymi miliona, wraz z jedną piątą miliona itp. Ale pół się nie odmienia i koniec.

Pół księżyca

Natomiast dopełniacz, którym rządzi pół, ma swoje słabości, bo:

Krzysztof wyemigrował przed pół rokiem.

Czasem zdania z pół brzmią nieco dziwnie:

Rozpuść tę truciznę w pół kubka herbaty (nie w pół kubku).

Choć nie muszą, bo:

Zalej te warzywa pół litrem wody.

No dobrze, a co będzie, jeśli do pół dodamy liczbę całkowitą?

Skoro my obaj jesteśmy pięć razy starsi od naszego psa, to ty jesteś dwa i pół razy starszy i ja jestem dwa i pół razy starszy. 

A chciałoby się napisać dwa i pół raza, prawda?

Żeby już całkiem namieszać: coś wydarzyło się trzy i pół miliona lat temu. Jak powiedzieć:

To się stało przed trzema i pół miliona lat

czy

To się stało przed trzema i pół milionami lat?

Pół rządzi dopełniaczem, więc poprawna powinna być tylko pierwsza wersja, ale… poprawne są obie.

Pół ma też swoje kaprysy, gdy łączy się z godziną: Dojechałem tu przed pół godziną. Wyjadę stąd po pół godzinie.

Gdy dopełniacz płacze, bo czuje się zapomniany

Tygrys z dopełniaczem

Administrator popularnej facebookowej grupy dla freelancerów przypiął swój post zachęcający do poszukiwania wykonawców rozmaitych usług. Mnie on bardziej zniechęca, bo brzmi tak:

Potrzebujesz appkę?

Facebook to prawdziwa wylęgarnia błędów. Ludziska piszą, jak chcą. No właśnie:

Szukam programiste
Szukam specjalistę
Użyj kod

No właśnie. Użyj kod promocyjny? Ludzie, ludziska… Czy to wpływ intensywnego nauczania języków zachodnich, w których czasowniki typu potrzebować albo poszukiwać rządzą biernikiem? Pojęcia nie mam. W języku polskim czasowniki te rządzą jednak dopełniaczem:

Potrzebuję młotka i gwoździ. 
Szef potrzebuje tego raportu na jutro rano.
Poszukuję zdolnej asystentki.

używam noża
pilnuję żony
unikam pracy
dodaję otuchy
dosypuję cyjanku
dolewam hiszpańskiej muchy

Trzy ostatnie z nich to tzw. czasowniki partytywne, a więc oznaczające czynność wykonywaną nie w całości, a w części. Wlewam zupę, ale dolewam (trochę) zupy. Wychodzę zaczerpnąć (trochę) świeżego powietrza.

Tygrys z dopełniaczem

Z kolei unikać należy do grupy czasowników o znaczeniu, rzec by można, ujemnym, przeczącym. Mogę unikać policji, chociaż zaprzestałem przestępczej działalności.

Drżyj, cudzoziemcze!

Mam w pamięci naukę języków obcych i wkuwanie wyjątków. Na szczęście zemsta jest słodka: język polski też ma swoje pułapki dla obcokrajowców, które dają się ominąć tylko przez naukę na pamięć.Weźmy np. piękne polskie słowo zamek. Ma ono różne znaczenia: zamek księcia pana, zamek w drzwiach albo błyskawiczny, zamek w hokeju. Różnica znaczeń sprawia, że to samo słowo jest inaczej odmieniane w dopełniaczu:

Pilnuję zamku księcia pana (żeby go nikt nie zdobył).
Pilnuję zamka księcia pana (boby głupio wyglądał z rozpiętym rozporkiem).

Pytać kogoś, czyli…

To też sprawia kłopot. Wyobraźmy sobie, że jest pewna pani, której chcemy lub musimy zadać jakieś pytanie.

Zapytaj pani(ą?), czy da nam na piwo.

No, jak jest poprawnie? Pytamy pani czy panią?

Pytamy kogoś, coś: panią, matkę, nauczycielkę. Ale jest też forma zwrotna, a więc z się – a wtedy wraca nasz ulubiony dopełniacz:

Zapytaj się matki (pani, nauczycielki), ile…

Na dobry koniec dopełniaczowa zagadka: jak brzmi rzeczownik zło w liczbie mnogiej i w dopełniaczu? Na przykład w zdaniu:
Ze wszystkich z…, które znam, najgorsza jest hipokryzja.

Zeł, Moi Drodzy. Naprawdę.