„Dobry słownik” a wydawnictwa poprawnościowe

Coraz większą popularność zdobywa – i to nie tylko wśród korektorów – internetowy „Dobry słownik”. Jakiś czas temu na pomysł jego założenia wpadli językoznawcy Łukasz Szałkiewicz, Sebastian Żurowski i Artur Czesak. Ci – jak sami się nazywają – trzej muszkieterowie niezmordowanie dodają do swojego słownika nowe słowa, wyrażenia i objaśnienia, czyniąc to bardzo często w opozycji do wydawnictw normatywnych, a więc powszechnie znanych słowników polszczyzny.

Fenomen „Dobrego słownika”

Jak to się stało, że w końcu i ja, człek dość konserwatywny, gdy chodzi o język polski, zacząłem regularnie zaglądać do „Dobrego słownika”, potem kupiłem minimalny, a w końcu pełny abonament?

Przesądził o tym fakt, że jako redaktor i korektor raz po raz muszę weryfikować poprawność słów i wyrażeń, czasem szukać adekwatnych określeń, a nie wszystkie są lub nie wszystkie umiem znaleźć w słownikach i internetowej poradni językowej. Im częściej zaglądałem do „Dobrego słownika”, tym regularniej znajdowałem w nim odpowiedzi na swoje wątpliwości. W końcu przeszło to w nawyk. Bo chyba największym atutem „Dobrego słownika” jest to, że powstaje on w dużej mierze na podstawie pytań użytkowników. Abonament obejmuje nie tylko dostęp do treści, ale też prawo do zadawania pytań, na które trzej muszkieterowie zobowiązują się odpowiedzieć w ciągu 48 lub nawet 24 godzin (w dni powszednie). W ten sposób także ja przyczyniłem się do rozwoju tego serwisu, bo po moich pytaniach trzej językoznawcy dodali ileś objaśnień, które teraz służą innym użytkownikom.

Norma swoje, uzus swoje

Osobliwością „Dobrego słownika” jest to, że jego autorzy bardzo często powołują się na uzus, badany głównie poprzez sprawdzanie w Narodowym Korpusie Języka Polskiego. Uzus to nic innego jak zwyczaj językowy, z tym jednak, że dostrzegany u Polaków wykształconych, a nie np. pod celą. Fakt znalezienia jakiegoś wyrażenia w NKPJ bywa więc często uzasadnieniem dla werdyktów typu „nie potępiamy” pisania tak czy inaczej.

Normą językową jest to, co można znaleźć w powszechnie znanych, „obowiązujących” słownikach. Tyle tylko, że często nie nadążają one za rzeczywistością lub je ignorują. Przykładem może być wyrażenie (kogo? co?) „ książkę”. Tak być powinno i jestem tego świadom. Tak też poprawiam teksty. Na co dzień mówię jednak „ książkę” i tak też mówi całe moje otoczenie. „Dobry słownik” skupia się bardziej na tym, jak piszą wykształceni Polacy. Owszem, niejednokrotnie sięga też do zasobów językoznawstwa (np. „bo oba rzeczowniki są tego samego rodzaju”), a najrzadziej do słowników. Bo też ze słowników panowie muszkieterowie potrafią wręcz szydzić, jak to ma miejsce w ich blogu. Wpis „7 faktów o papierowych słownikach, o których nie powie Ci wydawca” demaskuje sposób powstawania słowników, z którego wynika, że są to pozycje o dość jednak wątpliwej wartości. Jedne są przepisywane z poprzednich, inne tworzy nie ów wymieniony na kartach redakcyjnych profesor, tylko jego doktoranci, a nawet studenci, jeszcze inny podaje objaśnienia sprzeczne z kolejnym, tak że użytkownik nie wie, co jest właściwe itp.

Czy słowniki są jeszcze potrzebne

Kto dłużej posiedzi w „Dobrym słowniku”, może z czasem nabrać wątpliwości, czy korzystanie ze słowników języka polskiego, poprawnej polszczyzny, ortograficznego i innych ma w ogóle jeszcze sens.

Otóż ma, jak najbardziej. Słowniki są dla polszczyzny tym samym, co dla naszego codziennego życia kodeksy. Kodeksy, jak wiadomo, nie są w stanie unormować wszystkiego, a życie nieustannie je wyprzedza. Są jednak niezbędne, by obywatel wiedział, co mu wolno, a czego nie, a także, czym będzie się kierował sąd, rozstrzygając daną sprawę. Czy wyobrażasz sobie wyjście na ulicę przy braku Kodeksu drogowego?

Inna rzecz, że i piesi, i rowerzyści, i kierowcy nagminnie postanowienia tego kodeksu łamią. Trudno czasem wlec się pięćdziesiątką w terenie zabudowanym, gdy wokół żywej duszy. Trudno nie przejść na czerwonym przez część kilkupasmowej jezdni, gdy na horyzoncie nie ma nawet roweru, a co dopiero samochodów. I to jest nasz drogowy uzus. Gdyby jednak coś się stało, podstawą do wyrokowania będzie kodeks. I bardzo dobrze.

Kiedy pracuję nad cudzymi tekstami, posługuję się przede wszystkim słownikami – bo z tego może mnie rozliczyć dociekliwy klient. Zmieniam mu więc „tą książkę” na „tę książkę”, nie przejmując się uzusem. Coraz częściej jednak w poszukiwaniu odpowiedzi, których nie dają mi słowniki „obowiązujące”, zaglądam do dzieła trzech muszkieterów lub zadaję im pytania. Taka panuje u mnie hierarchia.  

Czyim dziełem jest uzus?

Jak już wspomniałem, autorzy „Dobrego słownika” czerpią garściami z Narodowego Korpusu Języka Polskiego, gromadzącego teksty z najrozmaitszych publikacji. Można tam niekiedy znaleźć dziwy nad dziwami. Teza, że coś jest poprawne, skoro tak piszą wykształceni Polacy w tekstach poddanych starannej korekcie, może jednak zostać łatwo podważona. Teoretycznie bowiem taka np. Manuela Gretkowska może popełnić błąd językowy. Korektor go nie poprawi – i już mamy przykład „poprawności” made by NKPJ. Tyle tylko, że błąd może być naprawdę błędem. Czemu korektor go nie poprawił? Może z jakichś powodów nie chciał, ale może też zwyczajnie go przeoczył. Tym samym czyjś błąd plus partactwo korektora może stać się elementem uzusu i to jest właśnie miejsce, w którym z autorami „Dobrego słownika” chętnie bym czasem popolemizował. Ponadto NKPJ zawiera wiele przykładów z prasy codziennej, w której korekta to od lat melodia przeszłości. No i wreszcie: Łukasz Szałkiewicz i Sebastian Żurowski należą do… zespołu tworzącego NKPJ, co też zapewne nie jest bez znaczenia dla częstotliwości powoływania się przez muszkieterów na ten zbiór.  

A co się stanie, gdy w NKPJ pojawi się kilka przykładów użycia wyrażenia typu „zrobić czelendż na asapie”? Wykluczyć tego przecież nie można. Ba, za ileś lat to paskudztwo może nawet zostać skodyfikowane jako norma językowa.

A jednak „Dobry słownik”

Mimo wszelkich zastrzeżeń muszę jednak uznać, że trzej muszkieterowie wykonują bardzo użyteczną pracę i życzę ich przedsięwzięciu wszelkiego powodzenia. Być może doczekam czasów, gdy to np. autorzy Poradni Językowej PWN zaczną się powoływać na „Dobry słownik”. Dopóki mi sprawność umysłu pozwala, będę śledził to nowe zjawisko.