O czym marzy redaktor, gdy zarobi na traktor

Mijają kolejne dni, miesiące i lata w zawodzie. Czasem wpada jednorazowo kilkaset złotych, czasem parę tysięcy. Kilkadziesiąt złociszów też się, choć sporadycznie, zdarza. Na tytułowy traktor już chyba zarobiłem, a że do wieku emerytalnego coraz bliżej, czasem zastanawiam się, czy szczyt mam już za sobą, czy też dopiero on nadejdzie.

Traktor

Młodzi adepci zawodu wyobrażają sobie na długo przed otrzymaniem pierwszego zlecenia, że jest to profesja niezwykle ciekawa. Obcowanie z pasjonującą literaturą, czytanie książek dużo wcześniej, niż inni dostaną je do rąk, współtworzenie głośnych dzieł – po prostu bajka. I może czasem tak jest, gdy ktoś w młodym wieku załapie się na etat albo chociaż stałą współpracę w dobrym wydawnictwie. Mnie to nie dotyczy, moja codzienność redaktorska jest więc zgoła inna.

Beletrystyka, i owszem, się zdarza, ale – delikatnie rzecz ujmując – nie są to przyszłe bestsellery. Na co dzień natomiast przychodzi się zmagać z tekstami, które… jak by to powiedzieć… nie porywają mnie swoją treścią, o formie już nie wspominając. Perspektywy obróbki skrawaniem pasjonują mnie w tym samym stopniu co porównanie zasad rachunkowości w Polsce i w Hondurasie, a firmowe raporty porywają tak samo jak teksty mające przypominać prace magisterskie. Ale cóż, każde zlecenie jest ważne i każde trzeba wykonać z należytą starannością w rozsądnym czasie.

Bardzo dawno temu przeczytałem gdzieś, że muszą minąć lata, zanim do redaktora zaczną się odzywać wydawnictwa. Rzeczywiście, czekałem na to dość długo, a dziś zapytania z wydawnictw otrzymuję regularnie. Na co dzień współpracuję zresztą z dwiema małymi oficynami. Prowadzą je bardzo mili i znający się na rzeczy ludzie, toteż bardzo sobie tę współpracę chwalę. Jej podstawowym wyróżnikiem jest jednak to, że te wydawnictwa po prostu płacą mi z góry tak jak wszyscy inni klienci. Dzięki takiemu systemowi nie mam problemów z płynnością finansową.

W zasadzie jednak zapytania od wydawnictw traktuję przeważnie z pewną rezerwą. Bo przerabiałem już taką „standardową” współpracę i więcej nie chcę. Polega ona na tym, że najpierw jest mordercze tempo pracy, a potem żółwie tempo płacenia. Gdy już przychodzi ten upragniony moment, zaczyna się mniej więcej coś takiego:

  • Tak, tak, ale wie pan, nie ma teraz księgowej, jest na urlopie, będzie za dwa tygodnie, wtedy od razu robimy przelew.
  • Tak, tak, księgowa wróciła, ale nie ma prezesa, a bez jego podpisu nic nie wyjdzie.
  • Tak, tak, prezes już jest, ale wie pan… Ta faktura gdzieś się nam zawieruszyła. Mógłby pan ją przysłać jeszcze raz? Aha, tylko wie pan, jakby pan mógł pocztą, poleconym, bo co na papierze, to na papierze, a te pedeefy to wie pan…

I tak dalej. Na takie akcje może sobie pozwolić korektorka z mężem w IT, której w gruncie rzeczy jest niemalże obojętne, ile zarobi i kiedy dostanie swoje pieniądze. Jeśli jednak ktoś tak jak ja żyje z tej pracy, to musi pilnować cash flow i koniec.

Niedawno temu zapukało do mnie pewne wydawnictwo, które pukać nie powinno, bo już wcześniej zdążyłem je uprzedzić, że u mnie płaci się wyłącznie z góry. Spróbowało takiego wybiegu:

Nie możemy niestety opłacić zlecenia z góry, ale jeśli dopuszcza Pan takie rozwiązanie, możemy umówić się na fakturę pro forma przed wykonaniem zlecenia i fakturę zasadniczą po fakcie.

Dobre, prawda?

Ale miało być o marzeniach i będzie.

W zawodzie redaktora i korektora nie ma konkursów, nagród ani odznaczeń. Trudno tu o sławę i zaszczyty. Do pewnego stopnia zawód ten przypomina zresztą pozycję bramkarza w piłkarskim meczu: mało kogo obchodzi, ile strzałów obronił – rozlicza się go z tego, ile wpuścił.

Chciałoby się więc przed zakończeniem kariery wejść na szczyt innego rodzaju i (z)robić to, co sprawiałoby przyjemność i dało potem prawdziwą satysfakcję.

Mam swoje ulubione wydawnictwo. Pochłaniam każdą książkę, która ukaże się jego nakładem. Ta poznańska oficyna ma znakomitych autorów, ale redaktorów kiepskich. Gdy czytam, wiem, że zrobiłbym to samo lepiej i nie byłoby w książkach błędów, nie tylko językowych zresztą. I to jest jedyne wydawnictwo, dla którego byłbym gotów pracować z płatnością „po”. Nie będę jednak do niego uderzał. Jestem z pokolenia, którego nie uczono dobijać się do drzwi potencjalnych pracodawców. Co komu pisane – jeśli samo kiedyś do mnie trafi, przyjmę to z pocałowaniem ręki. Jeśli nie – trudno, widać nie było mi dane. Aż tak mi nie zależy.

A jeśli nie oficyna, to autor. Chciałbym kiedyś podjąć współpracę z autorem obdarzonym takim talentem i taką wyobraźnią literacką, żeby jego książka zyskała uznanie na rynku i została wydana (oraz sprzedana, ma się rozumieć) w dużym nakładzie. I żeby ten autor doszedł do wniosku, że skoro już musi być jakiś redaktor i się czepiać, to niech to będę zawsze ja.

I nie o pieniądze tu chodzi, lecz o miłą świadomość, że moje nazwisko trafiło na kartę redakcyjną czegoś wydanego nie tylko dla rodziny i znajomych, zalegającego potem gdzieś na strychu autora w kartonach z logo drukarni. Że ludzie będą po to sięgać nawet wtedy, gdy mnie już na świecie nie będzie, bo to po prostu jest coś dobrego.

Albo takie podziękowania. Czytasz je, gdy skończysz książkę? To bardzo pouczające. Niejeden autor, którego cały warsztat składa się z laptopa, powinien ileś takich podziękowań przeczytać. Wynika z nich bowiem, że na sukces książki złożyła się nie tylko jego lepsza lub gorsza pisanina, ale też praca i pomoc całego sztabu ludzi. Nie tylko redaktorów i korektorów, ale też najrozmaitszych konsultantów, którzy ujawnili autorowi kulisy tego i owego, żeby nie pisał wymyślonych, wyimaginowanych bzdetów, tylko posługiwał się wiedzą o świecie, zjawiskach, procedurach, rutynach, przepisach itp. I w takich podziękowaniach też mógłbym się kiedyś znaleźć, czemu by nie?

Gdyby już tak naprawdę puścić wodze fantazji: zawsze się cieszę, gdy mogę wyłączyć płatne reklamy. Nie dość, że oszczędzam pieniądze, to jeszcze raduje mnie fakt, że mam zleceń „pod korek”. Kiedyś, ale jeszcze zanim opadnę na bujany fotel z kotem na kolanach i kolekcją leków na stoliczku obok, chciałbym móc je wyłączyć na dobre. Żeby nie były już potrzebne. Żeby grono stałych klientów zapewniało mi pracę wypełniającą cały czas, jaki na pracę mam do dyspozycji. Na razie jednak wyłączam je od czasu do czasu, a potem włączam z powrotem. I tak w kółko.

Ale za to nie mam na głowie strategii marketingowych ani lejka sprzedażowego. Nie muszę się szczerzyć do nikogo jak celebrytka na Instagramie ani zalewać mediów społecznościowych treściami. Nie muszę ślęczeć nad Google Analytics ani bez końca optymalizować tego, co już zoptymalizowane. Przez lata wyrobiłem sobie pewną pozycję na rynku i to pozwala mi spokojnie robić swoje.

A to dla wielu szczyt marzeń…