Redaktor może więcej, ale czy z tego korzystasz?
Sprawdzanie i poprawianie tekstów to mój chleb powszedni. Obiema rękami podpisuję się też pod definicją redakcji, którą zamieszczam i powtarzam kilkakrotnie zarówno na stronach, jak i w blogowych wpisach tego serwisu: redakcja to pierwsze czytanie i wszechstronne poprawianie tekstu pochodzącego bezpośrednio od autora.
Może być jednak i często powinna być czymś więcej.
Redaktor to nie tylko ktoś, kto poprawia błędy językowe
Większość zleceń, jakie otrzymuję, sprowadza się do oczekiwania, że wychwycę i poprawię błędy językowe wszelkiej maści. Większość zamawiających prosi zresztą o korektę, bo nie odróżnia jej od redakcji. Tylko nieliczni korzystają natomiast z innych kompetencji, jakimi mogę im służyć. Tymczasem niemal każdy tekst ma swoje słabe strony. Co z tego, że jest bezbłędny językowo, jeśli jego treść jest miejscami (a czasem w całości, niestety) do niczego?
Są teksty i teksty. Niektóre mają odegrać jakąś ważną rolę, np. napędzać sprzedaż, budować markę osobistą autora lub firmy, przekonywać do czegoś, skłaniać do poważnej refleksji, inspirować itp. W czasach nadpodaży treści szansę na rzeczywiste zaistnienie w świadomości odbiorcy i spełnienie przypisywanych im funkcji mają tylko teksty naprawdę dobre. A skoro tak, to warto dać sobie pomóc.
Dobry redaktor to świetny krytyk. Obawiasz się krytyki, czy umiesz z niej korzystać?
Wielu młodym adeptom mojego zawodu wydaje się, że wystarczy ukończyć polonistykę, najlepiej ze specjalnością dotyczącą edycji tekstów, do tego może jakiś kurs internetowy – i już można być redaktorem. Językowym zapewne tak, ale tylko takim.
Redaktor z krwi i kości to ktoś, kto nie tylko sam wprawnie posługuje się polszczyzną i ma lasery w oczach, które precyzyjnie skanują linijkę po linijce. To przede wszystkim ktoś, kto napisał setki, jeśli nie tysiące tekstów, a drugie tyle lub jeszcze więcej poprawił. To nie kierunkowe studia, ale przede wszystkim lata, długie lata doświadczenia sprawiają, że redaktor potrafi skutecznie wynajdywać wady tekstu, te dotyczące jego konstrukcji, ale i treści. Może je wskazać autorce lub autorowi, zalecając poprawki. Może się z nim o nie spierać, choć oczywiście ostateczna decyzja należy do tego, kto pisze (chyba że redaktor reprezentuje wydawcę). Jeśli tylko autor jest na to gotów.

Jestem depozytariuszem niezliczonych tajemnic, których wciąż przybywa
Poufność jest czymś absolutnie oczywistym w moim zawodzie: raz po raz poznaję przecież teksty, które jeszcze się nie ukazały. Pracuję nierzadko nad rozprawami naukowymi albo firmowymi raportami, które nie mogą wpaść w niepowołane ręce. Wbrew pozorom jednak to nie te tajemnice ciążą mi najbardziej.
Często bowiem mam świadomość, że dany materiał jest słabiutki. Także wtedy, gdy jego autorką lub autorem jest osoba uważana za autorytet albo przynajmniej znana. Ponieważ nie prosi mnie o wskazówki, o ocenie nie wspominając, zachowuję to wszystko dla siebie. I wtedy wiem, że to „nie chwyci”. Wiem, co napisze złośliwy krytyk w komentarzu. Wiem, jakie pytanie może zostać zadane autorowi i dlaczego nie będzie umiał na nie odpowiedzieć.
Czasem mam do czynienia z dobrym tekstem, ale wiem, że gdzieś w treści autor zastawił sam na siebie pułapkę, którą zauważy każdy uważny czytelnik, a jeśli lubi wtrącać swoje trzy grosze, to ją w komentarzu albo recenzji wykorzysta. Bywa, że dostrzegam drobiazgi, które niczym niewidzialne gołym okiem drzazgi wbiją się w pamięć odbiorcy, szkodząc autorowi.
Ale milczę. Bo…
Nie każdy chce i nie każdy umie przyjąć uwagi redaktora
Ludzie są przeważnie zadowoleni, czasem wręcz dumni ze swoich tekstów. Dotyczy to zarówno autorów dzieł beletrystycznych, jak i tych, którzy pisują teksty fachowe. Autorzy nie chcą więc, by ktoś im się „wtrącał”. Gdybym sam z siebie, bez pytania, pokazywał moim klientom słabe strony ich tekstów, wkrótce umarłbym z głodu, bo poszukaliby sobie kogoś, kto ograniczy się do poprawienia przecinków i jeszcze napisze w mailu: „bardzo ciekawy materiał, czytałem z najwyższym zainteresowaniem”.
Doskonale to rozumiem. Redaktorskie uwagi to krytyka, a krytyka często boli. Boli zwłaszcza wtedy, gdy ego autora jest większe niż zasięg rakiet Iskander. Doskwiera, gdy ktoś jest przekonany, że jakaś tam Tokarczuk mogłaby mu co najwyżej parzyć kawę – tak świetnie pisze. Potrafi też dopiec, gdy ktoś pracował nad swoim tekstem nie dwie godziny, a dwa tygodnie, poprawiał go siedem razy, pokazał szwagrowi i kotu, toteż nie wierzy, by coś z tym tekstem było nie tak.
Co może być nie tak z tekstem?
Przyjrzyjmy się więc niektórym uwagom, jakie redaktor może mieć do poszczególnych fragmentów tekstu. To tylko wybrane przykłady:
- Teza niczym niepoparta. Czy są na to jakieś dowody, badania naukowe?
- Tymi słowami podkreśla Pani swoją zamożność. Czy takie są Pani intencje?
- Ten bohater z pewnością nie posługiwałby się tak wyszukanym językiem, to przecież prosty, niewykształcony człowiek.
- Bardzo kontrowersyjne. Narazi się Pan zwolennikom przeciwnego poglądu, bardzo w Polsce rozpowszechnionego.
- Na pewno wszyscy? Jeśli zgłosi się ktoś, kto powie, że on nie, to teza upadnie.
- Czy jest Pani pewna, że w XIX wieku kobiety nosiły zegarki?
- W tym miejscu się Pan zwyczajnie przechwala. Czy nie lepiej, żeby laurki wystawiali Panu klienci?
- Twierdzi Pani, że to jest bestseller. A może Pani podać nakład sprzedany, poprzeć to twierdzenie liczbami?
Dla jednych będą to uwagi merytoryczne (słuszne lub nie, o to można się spierać), dla innych wręcz obraźliwe. Dla jednych grzeczne, dla innych subtelne jak dywizja pancerna SS. Nic więc dziwnego, że ich odbiór będzie zróżnicowany. Dogadanie się z redaktorem jest jednak istotnym elementem cyklu wydawniczego.
Nie każdy autor (zaryzykowałbym twierdzenie, że jedynie mniejszość) jest na takie redaktorskie sugestie odporny o tyle, że zamiast się obrazić, weźmie je pod uwagę, a przynajmniej przemyśli.
Redaktorski zimny prysznic – czy to usługa dla Ciebie?

Sam wiesz najlepiej, jak radzisz sobie z krytycznymi uwagami. Wiesz, czy umiesz je „przyjąć na klatę”, czy nie. Wiesz też, czy potrafisz uznać uwagi redaktora, bez względu na ich treść, za krytykę konstruktywną, a więc służącą ulepszeniu Twojego tekstu, a nie wyładowaniu redaktorskich frustracji.
Jeśli zależy Ci na tym, by Twój tekst był „mocny”, skuteczny, przekonujący, by pracował dla Ciebie – daj sobie pomóc i zaznacz w zapytaniu, że chcesz także przeanalizowania treści tego, co piszesz. Niechaj redakcja tekstu sprawi, że będziesz z niego dumny także po skonfrontowaniu go z opiniami czytelników To się opłaca, ale o tym już sam musisz się przekonać.
Jestem redaktorem i korektorem tekstów. Z tekstami pracuję od ponad 35 lat. Zjadłem zęby na tworzeniu własnych i redagowaniu cudzych treści. Chętnie pomogę Ci w pisaniu tekstów, którymi podbijesz świat.