Redaktor może więcej, ale czy z tego korzystasz?

Redaktor

Sprawdzanie i poprawianie tekstów to mój chleb powszedni. Obiema rękami podpisuję się też pod definicją redakcji, którą zamieszczam i powtarzam kilkakrotnie zarówno na stronach, jak i w blogowych wpisach tego serwisu: redakcja to pierwsze czytanie i wszechstronne poprawianie tekstu pochodzącego bezpośrednio od autora.

Może być jednak i często powinna być czymś więcej.

Redaktor to nie tylko ktoś, kto poprawia błędy językowe

Większość zleceń, jakie otrzymuję, sprowadza się do oczekiwania, że wychwycę i poprawię błędy językowe wszelkiej maści. Większość zamawiających prosi zresztą o korektę, bo nie odróżnia jej od redakcji. Tylko nieliczni korzystają natomiast z innych kompetencji, jakimi mogę im służyć. Tymczasem niemal każdy tekst ma swoje słabe strony. Co z tego, że jest bezbłędny językowo, jeśli jego treść jest miejscami (a czasem w całości, niestety) do niczego?

Są teksty i teksty. Niektóre mają odegrać jakąś ważną rolę, np. napędzać sprzedaż, budować markę osobistą autora lub firmy, przekonywać do czegoś, skłaniać do poważnej refleksji, inspirować itp. W czasach nadpodaży treści szansę na rzeczywiste zaistnienie w świadomości odbiorcy i spełnienie przypisywanych im funkcji mają tylko teksty naprawdę dobre. A skoro tak, to warto dać sobie pomóc.

Dobry redaktor to świetny krytyk. Obawiasz się krytyki, czy umiesz z niej korzystać?

Wielu młodym adeptom mojego zawodu wydaje się, że wystarczy ukończyć polonistykę, najlepiej ze specjalnością dotyczącą edycji tekstów, do tego może jakiś kurs internetowy – i już można być redaktorem. Językowym zapewne tak, ale tylko takim.

Redaktor z krwi i kości to ktoś, kto nie tylko sam wprawnie posługuje się polszczyzną i ma lasery w oczach, które precyzyjnie skanują linijkę po linijce. To przede wszystkim ktoś, kto napisał setki, jeśli nie tysiące tekstów, a drugie tyle lub jeszcze więcej poprawił. To nie kierunkowe studia, ale przede wszystkim lata, długie lata doświadczenia sprawiają, że redaktor potrafi skutecznie wynajdywać wady tekstu, te dotyczące jego konstrukcji, ale i treści. Może je wskazać autorce lub autorowi, zalecając poprawki. Może się z nim o nie spierać, choć oczywiście ostateczna decyzja należy do tego, kto pisze (chyba że redaktor reprezentuje wydawcę). Jeśli tylko autor jest na to gotów.

Redaktor

Jestem depozytariuszem niezliczonych tajemnic, których wciąż przybywa

Poufność jest czymś absolutnie oczywistym w moim zawodzie: raz po raz poznaję przecież teksty, które jeszcze się nie ukazały. Pracuję nierzadko nad rozprawami naukowymi albo firmowymi raportami, które nie mogą wpaść w niepowołane ręce. Wbrew pozorom jednak to nie te tajemnice ciążą mi najbardziej.

Często bowiem mam świadomość, że dany materiał jest słabiutki. Także wtedy, gdy jego autorką lub autorem jest osoba uważana za autorytet albo przynajmniej znana. Ponieważ nie prosi mnie o wskazówki, o ocenie nie wspominając, zachowuję to wszystko dla siebie. I wtedy wiem, że to „nie chwyci”. Wiem, co napisze złośliwy krytyk w komentarzu. Wiem, jakie pytanie może zostać zadane autorowi i dlaczego nie będzie umiał na nie odpowiedzieć.

Czasem mam do czynienia z dobrym tekstem, ale wiem, że gdzieś w treści autor zastawił sam na siebie pułapkę, którą zauważy każdy uważny czytelnik, a jeśli lubi wtrącać swoje trzy grosze, to ją w komentarzu albo recenzji wykorzysta. Bywa, że dostrzegam drobiazgi, które niczym niewidzialne gołym okiem drzazgi wbiją się w pamięć odbiorcy, szkodząc autorowi.

Ale milczę. Bo…

Nie każdy chce i nie każdy umie przyjąć uwagi redaktora

Ludzie są przeważnie zadowoleni, czasem wręcz dumni ze swoich tekstów. Dotyczy to zarówno autorów dzieł beletrystycznych, jak i tych, którzy pisują teksty fachowe. Autorzy nie chcą więc, by ktoś im się „wtrącał”. Gdybym sam z siebie, bez pytania, pokazywał moim klientom słabe strony ich tekstów, wkrótce umarłbym z głodu, bo poszukaliby sobie kogoś, kto ograniczy się do poprawienia przecinków i jeszcze napisze w mailu: „bardzo ciekawy materiał, czytałem z najwyższym zainteresowaniem”.

Doskonale to rozumiem. Redaktorskie uwagi to krytyka, a krytyka często boli. Boli zwłaszcza wtedy, gdy ego autora jest większe niż zasięg rakiet Iskander. Doskwiera, gdy ktoś jest przekonany, że jakaś tam Tokarczuk mogłaby mu co najwyżej parzyć kawę – tak świetnie pisze. Potrafi też dopiec, gdy ktoś pracował nad swoim tekstem nie dwie godziny, a dwa tygodnie, poprawiał go siedem razy, pokazał szwagrowi i kotu, toteż nie wierzy, by coś z tym tekstem było nie tak.

Co może być nie tak z tekstem?

Przyjrzyjmy się więc niektórym uwagom, jakie redaktor może mieć do poszczególnych fragmentów tekstu. To tylko wybrane przykłady:

  • Teza niczym niepoparta. Czy są na to jakieś dowody, badania naukowe?
  • Tymi słowami podkreśla Pani swoją zamożność. Czy takie są Pani intencje?
  • Ten bohater z pewnością nie posługiwałby się tak wyszukanym językiem, to przecież prosty, niewykształcony człowiek.
  • Bardzo kontrowersyjne. Narazi się Pan zwolennikom przeciwnego poglądu, bardzo w Polsce rozpowszechnionego.
  • Na pewno wszyscy? Jeśli zgłosi się ktoś, kto powie, że on nie, to teza upadnie.
  • Czy jest Pani pewna, że w XIX wieku kobiety nosiły zegarki?
  • W tym miejscu się Pan zwyczajnie przechwala. Czy nie lepiej, żeby laurki wystawiali Panu klienci?
  • Twierdzi Pani, że to jest bestseller. A może Pani podać nakład sprzedany, poprzeć to twierdzenie liczbami?

Dla jednych będą to uwagi merytoryczne (słuszne lub nie, o to można się spierać), dla innych wręcz obraźliwe. Dla jednych grzeczne, dla innych subtelne jak dywizja pancerna SS. Nic więc dziwnego, że ich odbiór będzie zróżnicowany. Dogadanie się z redaktorem jest jednak istotnym elementem cyklu wydawniczego

Nie każdy autor (zaryzykowałbym twierdzenie, że jedynie mniejszość) jest na takie redaktorskie sugestie odporny o tyle, że zamiast się obrazić, weźmie je pod uwagę, a przynajmniej przemyśli.

Redaktorski zimny prysznic – czy to usługa dla Ciebie?

Zimny prysznic

Sam wiesz najlepiej, jak radzisz sobie z krytycznymi uwagami. Wiesz, czy umiesz je „przyjąć na klatę”, czy nie. Wiesz też, czy potrafisz uznać uwagi redaktora, bez względu na ich treść, za krytykę konstruktywną, a więc służącą ulepszeniu Twojego tekstu, a nie wyładowaniu redaktorskich frustracji.

Jeśli zależy Ci na tym, by Twój tekst był „mocny”, skuteczny, przekonujący, by pracował dla Ciebie – daj sobie pomóc i zaznacz w zapytaniu, że chcesz także przeanalizowania treści tego, co piszesz. Niechaj redakcja tekstu sprawi, że będziesz z niego dumny także po skonfrontowaniu go z opiniami czytelników To się opłaca, ale o tym już sam musisz się przekonać.

Błędy w powieściach: tak pozbawisz się szansy na Nobla

Błysk w oku

To się niestety zdarza. Ktoś zleca mi redakcję swojej książki, inwestuje w nią niemałe pieniądze, a potem dowiaduje się, że – delikatnie rzecz ujmując – literackiego Nobla to ten jego tekst raczej nie zdobędzie.

Nie podam Ci recepty na dobrą powieść. Sam jej nie znam. Wiem natomiast o kilku czynnikach, które wyróżniają słabych pisarzy. Wiem też o kilku błędach, które często spotykam w nadsyłanych mi tekstach. Jeśli ich unikniesz, Twoje szanse na literacki sukces wydatnie wzrosną.

Imiona i nazwiska bohaterów

Z pozoru taka łatwa rzecz, a jednak… Dobór imion i nazwisk nie powinien być dziełem czystego przypadku. Nie powinien też być wynikiem „przedobrzenia”. Czy można tu „przedobrzyć”? Ależ tak.

Niedawno czytałem thriller Chrisa Cartera „Dziennik śmierci”. Nie najgorsza rzecz, choć znam lepsze, ale jedno uderzyło mnie już na wstępie: detektyw prowadzący śledztwo nazywa się Hunter. Hunter, czyli „łowca”, „myśliwy”. No bo jakże inaczej ma się nazywać policjant, prawda?

Na naszym rodzimym podwórku takie „przedobrzenia” też się zdarzały. Dawni milicjanci nazywali się Żbik (drapieżnik, łowca) albo Sowa (że niby taki mądry).

A pamiętasz może takiego naszego „asa wywiadu”, potem szefa Urzędu Ochrony Państwa, który przybrał sobie nazwisko Gromosław Czempiński? Miotający gromy, groźny czempion – widocznie takim chciał się prezentować, zwłaszcza że przez całe lata brylował w mediach.

Z nazwiskami jest stosunkowo łatwo – możesz je czerpać do woli choćby z mediów społecznościowych. Tam znajdziesz nazwiska prawdziwe, rzeczywiste. Nic ich nie chroni, możesz śmiało nadać każde z nich swojemu bohaterowi.

O wiele trudniejszą rzeczą jest dobór imion. Nie chcę nic dodawać ani ujmować rzeczywistym ich posiadaczom, ale chyba zgodzisz się ze mną, że przynajmniej niektóre imiona budzą pewne skojarzenia z charakterami, a ponadto notują wzrosty i spadki popularności.

ABC pisania powieści

Być może zainteresuje Cię mój e-book „ABC pisania powieści”

Za niezbyt dobry pomysł uznałem więc na przykład ochrzczenie młodego supermena, faceta idealnego, a przy tym młodego, imieniem Antoni. Pewnie, może się taki zdarzyć, ale coś tu jednak brzmi fałszywie. A teraz wyobraź sobie, że jedna z bohaterek to taka kobieta – kumpela: wyluzowana, wesoła, zaradna, nieskomplikowana. Które imię bardziej do niej pasuje: Jolka czy Alicja?

Pamiętaj: pisanie nie polega na pisaniu. To przede wszystkim myślenie, research, a potem żmudne poprawki do upadłego. Poświęć zatem nieco uwagi imionom i nazwiskom opisywanych postaci.

Realia ekonomiczne

Zupełnie nie rozumiem, jak można popełniać dziecinne wręcz błędy w tej akurat dziedzinie. Jeśli szukasz wciągającej książki z kobiecą bohaterką, możesz sięgnąć po „Topieliska” Ewy Przydrygi. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien szczegół. Otóż główna bohaterka Pola ma kwiaciarnię (a może pracuje w kwiaciarni, to nie jest jasne). Jej mąż Kuba, który na początku ginie tragicznie, pracuje w MOPS (Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej). To ostatnie jest akurat ważne dla fabuły, tak być musi. To jak wytłumaczyć fakt, że państwo małżeństwo mają na utrzymaniu dziecko, piętrową willę i dwa samochody? Kuba zarabia przecież nędzne grosze, Pola pracą się bynajmniej nie przemęcza (w powieści nie ma o niej żadnej wzmianki), a kasy mają najwyraźniej jak diabeł sadzy. Jakim cudem? Nie, żadne z nich nie kręci na boku żadnych lodów, rodzice też im nie pomagają. Ani więc autorka, ani cały sztab ludzi pracujących nad powieścią nie zwrócił uwagi na ten zgrzyt.

 

Kasia z warzywniaka

Starannie dobieraj zawody, dochody i elementy trybu życia swoich bohaterów. Jeśli ktoś żyje na europejskim poziomie, to przypisz mu profesję i stanowisko pozwalające dobrze zarabiać. Jeżeli natomiast Twój bohater to zwykły człowiek, żyjący „za te polskie trzy tysiące”, to nie każ mu jadać na mieście, rozbijać się taksówkami i nieustannie kupować markowych ciuchów, bo Twój czytelnik postuka się w czoło. Miej świadomość tego, ile w Polsce zarabia pielęgniarka, ile nauczyciel, a ile specjalista IT w międzynarodowej korporacji. Jeżeli bohaterowie lecą na wakacje za granicą, to wypadałoby, żebyś wiedział, czy na tle ich zarobków powinna to być Dominikana albo Meksyk, czy może raczej Grecja albo Bułgaria. Research, research i jeszcze raz research – bo nie tyle diabeł, ile Nobel tkwi często w szczegółach.

I przy okazji: jeżeli piszesz współczesną powieść, to nie zapominaj, że bohaterowie jakoś jednak pracują zawodowo. Ja wiem, to trudne, możesz np. nie znać realiów pracy adwokata czy scrum mastera, ale nie twórz postaci, które biorą pieniądze za nic. Niechże ci ludzie mają tyle czasu wolnego, ile ma się go w rzeczywistym świecie. To w nim musisz zmieścić ich niezawodowe przeżycia, przygody i zmagania.

Bierz pod uwagę, że i w domu nic nie robi się samo. Lodówka sama się nie napełnia, mieszkanie samo się nie sprząta, a pralka pierze tylko wtedy, gdy umieścić w niej pranie, proszek i płyn. Ktoś to musi zrobić, a więc nie próbuj oszukać czytelnika wizją bohaterów „leżących i pachnących”.

Realni ludzie czy Ken i Barbie?

Niekiedy wręcz ryczę ze śmiechu, nawet czytając książki uznanych autorów, gdy pojawia się wątek miłosny i bohater lub bohaterka spotyka na swojej drodze miłość życia. Tu jak na dłoni widać literacki kunszt lub jego brak. Oderwaniem od rzeczywistości grzeszą i autorki, i autorzy. Zacznijmy od tych pierwszych.

Oto kiedy bohaterka spotyka mężczyznę swego życia, czytelnik częstowany jest opisem przystojnego bruneta. Tak, przynajmniej w polskiej literaturze przystojny mężczyzna to z reguły ktoś ciemnowłosy. Chyba nie muszę dodawać, że jest to facet wysoki, szczupły, ale muskularny. Wysportowany (choć z tekstu rzadko wynika, by regularnie biegał, chodził na siłownię lub robił coś podobnego – on nie ma na to czasu, bo jest zapracowany, wszak bardzo dużo zarabia) – wiadomo. Gdy przychodzi „co do czego”, z pewnością okaże się, że jest mistrzem którejś ze sztuk walki, a więc zawsze obroni swoją ukochaną gołymi rękami.

Niektóre autorki nie stronią od intymnych szczegółów i wtedy okazuje się, że nasz supermen został hojnie obdarzony przez naturę także w tych miejscach, których z reguły nie widać. No a skoro tak, to również potencja pozwala mu „osiem razy po dwa razy i nad ranem jeszcze raz”, co skutkuje u zakochanej w nim bohaterce miriadami orgazmów.

A, to i oczywiście tyłek. Tyłek takiego superkochanka to po prostu raj dla kobiecych oczu. Mało, a bym o tym zapomniał.

Pisarze tworzący postacie kobiece też nie są święci. Gdy ich bohaterowie się zakochują, to najczęściej w kobietach, które tylko fatalnym zrządzeniem losu nie zdobyły tytułu Miss Świata. Tu dominują naturalne (a jakże, przecież kobiety nie farbują włosów!) blondynki z cudownymi buziami. Nogi? Marzenie – długie jak kolejka do lekarza specjalisty, idealnie zgrabne i obowiązkowo uzupełnione czymś na wysokim obcasie. Piersi jędrne jak cytryny po wyjęciu z zamrażarki, idealnie kształtne i sterczące dumnie w każdych okolicznościach.

Rozejrzyj się. To prawda, nie brak wokół nas ludzi, którym los nie poskąpił urody, ale ile znasz chodzących ideałów tej czy tamtej płci? I czy nie można zakochać się w rudym facecie z zapadniętą klatką? Czy zbyt krótkie i krzywe nogi dyskwalifikują dziewczynę w roli miłości czyjegoś życia? Oczywiście możesz tworzyć „literaturę dla kucharek” i umieszczać w niej postacie „do wzdychania”, ale wierz mi, to nie jest pisarstwo wysokich lotów.

Przymioty, charaktery, cechy

Oto kolejna, chyba najgroźniejsza pułapka czyhająca na piszących. Jakże łatwo jest tworzyć postacie plastikowe nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. W powieściach występują dobrzy i źli ludzie – nie wiedzieć czemu, często stuprocentowo dobrzy, idealni z jednej, a kompletnie zdegenerowani, źli do cna z drugiej. Wróćmy na przykład do naszego supermena. Wiemy już, jak wygląda. Brnijmy więc dalej w kicz. Facet zarabia krocie, choć pracuje od ósmej do szesnastej, a czasem wcale, bo jest szefem i robi sobie wolne. Gdy ma wolne albo wróci z pracy, to aż rwie się do prac domowych. Owszem, ma swoją pasję – jest nią gotowanie. Nie dość, że uwielbia to robić, to jeszcze wyczarowuje niebiańskie wręcz potrawy, które serwuje ukochanej wraz z dobrym winem, oczywiście przy świecach, zanim na rękach zaniesie ją do sypialni.

Mężczyzna idealny

Słabości? Tak, jedną ma, bo przecież nie ma na świecie ideałów. Czasem, gdy już oporządzi dom, położy spać dzieci i pośle ukochaną na przejażdżkę do nieba i z powrotem, pozwoli sobie na sport w telewizji.

Ale nie, on nie ogląda piłki nożnej, skoków narciarskich ani boksu.

On kocha łyżwiarstwo figurowe na lodzie. Czasem ukochana ogląda zawody razem z nim, oparta głową na jego ramieniu.

Supermen ma oczywiście swoje przeciwieństwo. Jest nim zły mąż. Łysawy, wąsaty, z piwnym brzuchem. „Przynieś mi browara!”, krzyczy z kanapy, na której leży, oglądając mecz. Adresatką jest jego umęczona żona, dzieląca w kuchni uwagę między gotujący się obiad a płaczące dzieci. Taki facet potrafi żonie przylać (z reguły – po pijanemu). Zdradza ją albo konwencjonalnie, albo trwoniąc wspólne pieniądze w agencjach towarzyskich. Dzieci to dla niego „te cholerne bachory”, a jeśli odzywa się do żony w sprawach innych niż piwo, to po to, by jej powiedzieć, że wygląda jak ostatnia wywłoka.

Tak, czarny charakter w powieści musi być siekierą ciosany. To nie jest ktoś z wadą, to jest amalgamat wad wszelakich.

Z kobiecymi postaciami jest podobnie, więc nie będę tracił miejsca na opis demona seksu ani pijanej ladacznicy. Skoro czytelniczki mają na kartach książki powody do wzdychań lub świętego oburzenia, to i czytelnicy znajdą tam coś, o czym można pomarzyć przed zaśnięciem (u boku grubej i zrzędliwej małżonki).

Błysk w oku, czyli magiczna sztuczka narratora

Miałbym niemałą trudność we wskazaniu książki, w której to ani razu nie występuje. Autorzy uczepili się tego i trzymają jak teściowa parapetu. A czytelnicy przestali zwracać uwagę.

I tym sposobem, gdy narrator chce zasugerować czytelnikowi coś, co w danym momencie którejś z postaci w duszy gra, sięga po błysk w oku. Wygląda to mnie więcej tak:

Morderca wciąż patrzył na nią zimnym, bezwzględnym wzrokiem. Miał wciąż na twarzy kominiarkę, toteż uwagę skupiła na jego oczach. I gdy wypowiedziała to ostatnie zdanie, dostrzegła w nich ten charakterystyczny błysk. Najwyraźniej psychopata zmienił na chwilę tok myślenia, bo ów błysk pojawiał się u niego zawsze wtedy, gdy na chwilę łagodniał, gdy do głosu dochodził w nim na moment pierwiastek człowieczeństwa. Być może rozważał akurat, czy postąpi z nią tak samo jak z poprzednimi ofiarami, być może na ułamek sekundy pojawiła się w nim jakaś wątpliwość. Być może była to dla niej szansa, ta jedyna, ta ostatnia, by ocalić życie.

Rozumiesz, o co mi chodzi?

Błysk w oku

Widziałeś kiedyś ludzkie oko ze wmontowaną lampą błyskową? Ja nie. A tymczasem chyba we wszystkich znanych mi współczesnych książkach ludzkie oczy błyskają i to tak sugestywnie, że działają niczym prompter z przesuwającym się tekstem. Błysk – i już nasz bohater wie, co myśli lub jak się w danej chwili czuje osoba, z którą ma do czynienia.  Naprawdę, bardzo chciałbym mieć jakiś skaner albo miernik plus oprogramowanie do analizy błysków w oczach mojej żony (których, dalibóg, nie widuję, ale pewnie źle patrzę). Ech, ileż ja bym dzięki temu wiedział!

A mówiąc serio: jeśli i Ty sięgniesz po ten trick, to nic złego się nie stanie, ale proszę: nie przesadzaj. Nie używaj go na co trzeciej stronie i nie przesadzaj z wyciąganiem wniosków z błysków. Bo łatwo tu o nużącą czytelnika, naiwną przesadę.

Czytaj i analizuj

Największym jednak błędem większości autorów, z którymi miewam do czynienia, jest nieczytanie. A ludzie, którzy nie czytają setek, tysięcy książek, sami dobrej książki nie napiszą. W niniejszym tekście wymieniłem kilka czynników, które potrafią nadać pisanej powieści charakter tekstu nieporadnego, świadczącego o marnym warsztacie pisarskim. Jest ich jednak o wiele więcej i to nie ja, ale Ty masz je znaleźć, jeśli chcesz dobrze pisać. Czytaj więc, ile wlezie, ale z głową. Nie tylko dla przyjemności, ale i po to, by uczyć się od innych. Zwracaj uwagę na to, co Cię w cudzych książkach śmieszy, denerwuje, a co zachwyca. Rób notatki. Wkładaj między kartki zakładki. Gromadź amunicję, która przyda Ci się, gdy sam zasiądziesz do pisania. Sięgaj śmiało po to, co przydarzyło się już innym. Eliminuj błędy, modyfikuj i adaptuj to, co dobre.

Cykl wydawniczy: musisz go znać, jeśli piszesz książkę

Cykl wydawniczy

Mam bardzo często do czynienia z początkującymi autorami książek i e-booków. Są to osoby pełne entuzjazmu, które po tygodniach lub miesiącach pracy nad tekstem chciałyby go jak najszybciej wydać. Niestety, mało kto spośród nich zadaje sobie trud, by poznać cykl wydawniczy. Efekt jest taki, że przesyłając mi tekst, spodziewają się otrzymać go z powrotem w postaci gotowej do druku.

To nie jest możliwe. Praca nad przygotowaniem tekstu do druku jest długa, kosztowna i nie wykonuje jej (a przynajmniej: nie powinna wykonywać) jedna tylko osoba.

Co z tego wynika? Ano to, że nie można tak po prostu „zamówić korekty” napisanego przez siebie tekstu i dostać potem perfekcyjny, wolny od absolutnie wszystkich błędów materiał, który można złożyć albo zapisać w PDF i drukować. To nie takie proste.

Podstawowe etapy cyklu wydawniczego

Jeśli planujesz albo masz za sobą napisanie książki, musisz wiedzieć, że do jej wydania jest jeszcze daleko. Czeka Cię teraz kilka etapów, przez które musisz przejść i za które niestety trzeba też będzie zapłacić. Wymieńmy po kolei, z czego składa się cykl wydawniczy:

  1. Redakcja
  2. Odpowiedź i poprawki autora
  3. Korekta
  4. Skład
  5. Korekta po składzie
  6. Druk książki lub ostateczne przygotowanie e-booka.

To bardzo uproszczony cykl wydawniczy, bo przecież książka to także okładka i – ewentualnie – ilustracje. Tu jednak współpracować będziesz z grafikiem lub grafikami, a więc w ten etap się nie zagłębiam, mnie on nie dotyczy. Trzeba Ci również wiedzieć, że nie zawsze wystarczy jedna korekta. Bierz pod uwagę dwa aspekty. Pierwszy to ten, że chcesz zapewne sprzedawać książkę absolutnie bezbłędną. Aby tak się stało, tekst i skład powinny zostać sprawdzone nie jeden, a więcej razy. Szczególnie istotne jest to w publikacjach naukowych. Drugi aspekt to ten, że redaktor i korektor to osoby, których nazwiska pojawią się (to Twój obowiązek!) na karcie redakcyjnej. Jeśli mają się tam pojawić, to redaktor i korektor mają prawo mieć pewność, że to, co trafi do druku lub elektronicznej dystrybucji, nie przyniesie im wstydu. Mają więc już nie tyle obowiązek, ile raczej prawo zobaczyć to, co chcesz skierować do składu oraz to, co z niego wyszło.

Cykl wydawniczy

Omówmy teraz po kolei etapy cyklu wydawniczego.

Redakcja tekstu

Pamiętaj: jeśli napisałeś tekst, to najpierw trafia on do redakcji, nie do korekty.

Redakcja tekstu to nic innego jak „pierwsza korekta”, a więc jedno czytanie tekstu połączone z poprawianiem:

  • błędów językowych
  • błędów w treści i strukturze tekstu

Jest to więc obróbka kompleksowa, ale i do pewnego stopnia „zgrubna”. Redaktor wykonuje lwią część pracy i znacznie podnosi wartość tekstu, ale nie oczekuj od niego, że wyłapie 100% błędów ortograficznych, stylistycznych, frazeologicznych, interpunkcyjnych i pozostałych. Wyłapie większość, ale na pewno nie wszystkie.

Nie na tym zresztą polega jego zadanie. W wielu wypadkach, zwłaszcza w beletrystyce, o wiele ważniejsza jest praca redaktora nad treścią. To uważny redaktor zwróci uwagę autorowi, że policja w Polsce nie aresztuje, a dokonuje zatrzymania. To on zauważy i zaalarmuje autora, że indygo nie jest odcieniem czerwieni. To redaktor zastanowi się, czy bohater siedzący przy stoliku z dziewczyną może zauważyć, że ona nerwowo podryguje stopą. To także on zwróci uwagę, że w trzecim rozdziale dziewczyna miała zielone oczy, a nie wiedzieć czemu w siódmym ma niebieskie. Rozumiesz?

Poprawki natury językowej znajdziesz w redagowanym tekście dzięki włączonemu trybowi śledzenia zmian. Wszelkie uwagi natury redakcyjnej, a więc odnoszące się do treści, pojawią się w komentarzach na marginesie. Część z nich będą zapewne stanowić sugestie („Proszę rozważyć, czy Emilia nie powinna najpierw wziąć pieniędzy z bankomatu, skoro dopiero co wydała resztę gotówki w kawiarni”).

Redaktor zasugeruje także, o ile uzna to za konieczne, poprawki odnoszące się do kolejności rozdziałów (lub innych partii tekstu), usunięcie niektórych fragmentów i dopisanie brakującej jego zdaniem treści. Może też sugerować zmiany tytułów, nagłówków etc. Zajmie się wreszcie ujednoliceniem tekstu, jeśli znajdzie błędy strukturalne. Współpraca z redaktorem to jeden z najważniejszych etapów cyklu wydawniczego.

Odpowiedź autora i jego poprawki

Autorzy różnie reagują na redaktorskie ingerencje, poprawki, pytania i sugestie. Najroztropniej postępują oczywiście ci, którzy poważnie biorą je pod uwagę. Nie znaczy to, ma się rozumieć, że musisz traktować opinię redaktora jako ostateczną i wiążącą, ale licz się z nią koniecznie.

Na pewno jednak w jakiś sposób zareagujesz: wprowadzisz część poprawek, coś dopiszesz, coś zmienisz itp. W innych miejscach będziesz się upierać, że masz rację albo że to Twoja książka i ma być tak, jak to napisałeś i kropka.

Ten etap współpracy nie zawsze jest więc łatwy. Zdarzają się zażarte dyskusje z redaktorami, a sporadycznie nawet kłótnie. Przypomnę jednak raz jeszcze: masz obowiązek umieścić w książce lub e-booku imię i nazwisko osoby odpowiedzialnej za redakcję. Redaktor ma zatem prawo oczekiwać, że do dalszych prac trafi wersja tekstu, która przyniesie mu chwałę, a nie wstyd. I wiedz, że ma instrumenty, by tego dopilnować.

Baran, on się nie zna

Musicie się po prostu dogadać. 

Korekta tekstu

Kiedy ostateczna wersja treści jest wreszcie gotowa, do akcji wkracza korektor. To trochę tak, jak gdyby po kowalu do pracy przystąpił jubiler. Czy to dość obrazowe porównanie?

Chodzi mianowicie o to, że redaktor usunął większość błędów, ale nie wszystkie. Rozmaite drobiazgi niemal na pewno przeoczył. Ba, w procesie redakcji tekstu czasami nawet… pojawiają się nowe błędy, np. powtórzenia wyrazów, niesparowane cudzysłowy itp.

Czas zatem na kogoś, kto czyta z niezwykłą precyzją, literka po literce i znak po znaku, aby wyłapać nawet najdrobniejsze błędy, jakie pozostały po redakcji. Korektor nie zajmuje się już tekstem ani całością, nie interesuje go treść, on dba o detale. Korekta tekstu jest absolutnie koniecznym elementem cyklu wydawniczego.

Gorąco polecam zlecanie korekty innej osobie niż redaktor.  Wynika to z dwóch przyczyn:

  • Redaktor zna już tekst, toteż czytając go po raz drugi, może sporo przeoczyć: to prawie jego własny tekst, a własnych błędów często nie dostrzegamy.
  • Co dwie głowy, to nie jedna. Język polski to nieprzebyta dżungla reguł i wyjątków. Trudno sobie wyobrazić, by jeden człowiek znał je wszystkie. Lepiej więc, jeśli zredagowany tekst weźmie pod lupę inna osoba, a więc ktoś z innym zasobem wiedzy: będzie to w sumie naprawdę podwójna kontrola, a więc skuteczniejsza i dokładniejsza.

Oczywiście nie brak w Sieci korektorów, którzy oferują wykonanie i redakcji, i korekty, ale ja do nich nie należę i serdecznie odradzam stosowanie takiego uproszczenia. Wyjątkiem mogą być duże firmy, które mogą zagwarantować, że redakcją i korektą zajmą się różni (współ)pracownicy, a nie jeden człowiek. Dobry cykl wydawniczy to praca wielu ludzi. których wiedza i doświadczenie się sumują.

Skład tekstu

Jeśli tekst jest już zredagowany i dopieszczony przez korektora, czas na DTP, a więc skład. Niejednemu wydaje się, że jest to po prostu kwestia przepuszczenia tekstu zapisanego dotąd w MS Word przez specjalny program i po sprawie.

W rzeczywistości poprawny skład tekstu to nie lada sztuka. Operator DTP powinien być mistrzem w swoim fachu. Nie wierzysz?

A czy wiesz na przykład, że istnieją określone zasady dotyczące kroju i stopnia pisma w tabelach, składania śródtytułów, paginy, glosy marginalne i interlinearne, wyróżnienia typograficzne i wiele innych niuansów, które dobry składacz powinien mieć w małym palcu? Ty jako autor nie musisz się na tym wszystkim znać – od tego są fachowcy.

Korekta po składzie

Składacze, czyli operatorzy DTP, to bardzo często znakomici fachowcy, ale zawsze są to ludzie, a więc istoty omylne. Im też trzeba pomóc skrupulatną kontrolą projektu składu.

Powinien się nią zająć specjalizujący się w tym korektor, a więc ktoś, dla którego przecinki to już sprawa drugorzędna, ale za to doskonale znający zasady składania tekstów do druku.

Zauważ, że teraz w publikacji znajdują się też ilustracje, o ile były przewidziane. Trzeba i tę część materiału sprawdzić.

Teraz można więc ostatecznie zatwierdzić do druku książkę wraz ze wszystkimi jej elementami i mieć pewność (albo nadzieję), że jest bezbłędna.

W praktyce zdarza się to jednak bardzo rzadko i to mimo tylu etapów sprawdzania. Wiem to przede wszystkim jako czytelnik: nigdy nie spotkałem dotąd książki, w której redaktorom i korektorom nie umknąłby ani jeden błąd. Dotyczy to także renomowanych autorów i znanych wydawnictw. Czasem natrafiam tam na koszmarne wręcz wpadki, na które nikt nie zwrócił uwagi.

Wynika to nie tylko z niekompetencji redaktorów i korektorów, ale też z faktu, że dla wydawnictw książka jest tylko kolejnym produktem, elementem biznesu, a w biznesie, jak wiadomo, czas to pieniądz. Osoby zaangażowane w cykl wydawniczy mają z góry określone terminy i pracują w pośpiechu, a ten, jak wiadomo, nie sprzyja koncentracji i uwadze. „Szybko, szybko”, ponaglają osoby decyzyjne, choć zapewne wiedzą, że pewne prace można wykonać albo szybko, albo starannie.

Nie bez winy są też sami autorzy. Bo można, rzecz jasna, przyjąć, że autor może pisać, co mu tylko do głowy przyjdzie – w końcu od tego ma redaktorów i korektorów, żeby poprawili. Takie podejście jest jednak ryzykowne, bo skąd na przykład trzydziestoletnia redaktorka może wiedzieć, jak się podróżowało taksówkami w PRL? Czy znakomita łowczyni błędów językowych jest w stanie odróżnić pistolet gazowy od pistoletu na naboje CO2? Czy jeśli autor nie sprawdzi, co widzi człowiek przewożony karetką na noszach, to sprawdzi to redaktor? Nic więc dziwnego, że potem czytelnik dostaje do ręki książki, nad którymi miejscami parska ze śmiechu, choć nie było to bynajmniej zamiarem autorów.

Niewielu piszących zadaje sobie bowiem trud starannego sprawdzania szczegółów. I tak na przykład autor poczytnego kryminału może konsultować treść z patomorfologiem i lekarzem medycyny sądowej, żeby nie popełnić błędu w trakcie opisywania sekcji. Niekoniecznie jednak sprawdzi etapy procedury rozwodowej i w rezultacie nie tylko adwokaci, ale i rozwodnicy płci obojga łapią się za głowy, czytając jego relację z rozprawy.

Cykl wydawniczy obejmuje też inne etapy

Nigdzie nie jest powiedziane, że opisane powyżej etapy cyklu wydawniczego to już komplet. Może ich być więcej.

Takim dodatkowym etapem cyklu wydawniczego może być recenzja wstępna lub, choć nie lubię tego określenia, „beta testy” książki. Niektórzy autorzy jeszcze przed skierowaniem książki do redakcji dają ją do przeczytania kilku osobom. To mogą być ich bliscy, inni autorzy albo znajomi. Czytają książkę, nie zwracając uwagi na błędy językowe, albowiem ich zadanie jest inne. Polega na dostarczeniu autorowi opinii czytelnika: co mu się podoba, co nie, co można by poprawić i jak – każda taka informacja jest na wagę złota. Autor jedne sugestie przyjmie, inne zapewne odrzuci, ale dopracuje swoje dzieło, zanim jeszcze zajmie się nim redaktor.

Także korekta nie musi (a nawet nie powinna) być wykonywana tylko raz. Dotyczy to zwłaszcza publikacji naukowych, popularnonaukowych i słowników. Każdy kolejny korektor ma oczywiście mniej pracy, ale wielokrotna „kontrola jakościowa” jest na pewno skuteczniejsza od jednorazowej.

ABC pisania powieści

Być może zainteresuje Cię mój e-book „ABC pisania powieści”

Promocja i dystrybucja

Błędem wielu początkujących autorów jest zakładanie, że „to się sprzeda”. Poświęcają całe miesiące na pisanie, potem inwestują niemałe pieniądze w opracowanie redakcyjne, skład i druk, by na koniec zostać z kartonami niesprzedanych egzemplarzy. Tymczasem jeszcze przed napisaniem pierwszego słowa powinni przemyśleć cały cykl wydawniczy, nie wyłączając z niego planu promocji i dystrybucji swojej książki.

Zapewne na decyzje niektórych z nich miały wpływ niewątpliwe sukcesy wydawnicze kilku znanych blogerów. Różnica między autorem powieści, którego nikt nie zna, a blogerem czytanym przez setki tysięcy ludzi, polega jednak na tym, że ten drugi ma niemalże pewność sprzedania sporej liczby egzemplarzy. Ten pierwszy żyje nadzieją…

Owszem, są wydawnictwa, które umożliwiają adeptom sztuki pisarskiej ulokowanie ich książek w księgarniach internetowych i jakieś ograniczone działania promocyjne, ale to kropla w morzu potrzeb. Na prawdziwą promocję książki trzeba wydać duże, naprawdę duże pieniądze. Jest to niemałe ryzyko biznesowe, a niezbędne środki finansowe są absolutnie poza zasięgiem „Kowalskiego, który coś napisał”.

Self-publishing to zatem rozwiązanie dobre tylko dla nielicznych – tych, którzy z góry wiedzą, że na ich książkę mają chętnych jeszcze zanim zabiorą się do pisania. Najczęściej jednak sny o potędze zamieniają się w smutek i… makulaturę na strychu. Nie ma przy tym większego znaczenia, jaką wartość merytoryczną albo literacką ma dana książka. Profesjonalny marketing może skutecznie wypromować każdy chłam i odwrotnie: książka warta literackiego Nobla może okazać się kompletnym niewypałem, jeśli nie towarzyszą jej profesjonalne, zakrojone na szeroką skalę działania promocyjne.

Warto przy tym pamiętać, że część potencjalnych czytelników to osoby, które niekoniecznie chcą kupować bezpośrednio od autora lub w jego założonym na tę okazję wydawnictwie. Powodem tej niechęci może być chociażby konieczność powierzenia autorowi swoich danych osobowych i adresowych. Nie wszyscy lubią też kupować w księgarniach internetowych. Wielu ludzi chce wejść do tradycyjnej księgarni, wziąć książkę do ręki, przewertować, przeczytać fragment itp.

Autorzy stają często przed dylematem: wydać książkę samodzielnie i samodzielnie sprzedawać, zarabiając np. 15 zł na każdym egzemplarzu, czy też przebić się do wydawnictwa i zarabiać na każdej sprzedanej książce 2-3 złote. Oczywiście ta pierwsza opcja wydaje się kusząca, ta druga przywołuje narzekania marnych literatów na marne zarobki, ale „duży może więcej”. Oczywiście aby zawrzeć umowę z „prawdziwym” wydawnictwem (czyli takim, które wydaje książkę za własne pieniądze i ponosi związane z tym ryzyko) trzeba napisać coś naprawdę dobrego, a uwierz mi, Czytelniku, że to potrafią tylko nieliczni.

Cykl wydawniczy – podsumowanie

Jak zatem widać, wydanie książki to wiele procedur, dość kosztownych, zwłaszcza w self-publishingu. Każda z nich musi też nieco potrwać. Im więcej starań włoży się w przygotowanie książki do druku, tym efekt jest lepszy, ale nie zapewnia to jeszcze sukcesu wydawniczego. Przy obecnym poziomie czytelnictwa w Polsce taki sukces jest rzadkością.

Najważniejsza rzecz, o której powinien pamiętać każdy autor: to nie jest tak, że się pisze książkę, wysyła ją do korektora i już jest gotowa do druku.

O tym wszystkim w gruncie rzeczy nie trzeba nawet wiedzieć, ale pod warunkiem, że ktoś pisze książkę dla siebie. Bo cierpi na nieodparty przymus pisania, bo nie miał co robić w czasie pandemii, bo chce wydać cztery egzemplarze, ale mieć numer ISBN i trafić do Biblioteki Narodowej na wieczną rzeczy i człowieka pamiątkę, bo… etc. Wtedy cykl wydawniczy może być krótszy, a przygoda z książką niezbyt droga i na swój sposób atrakcyjna.

Stworzenie książki, po którą czytelnicy ustawią się w kolejce, to już zupełnie inna historia. Coś dla wytrwałych, a nierzadko też dysponujących odpowiednio grubym portfelem. Powodzenia!

Ile kosztuje korekta tekstu, a ile redakcja?

Ile kosztuje korekta

Najlepszą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule jest oczywiście taryfikator usług. Z telefonicznych rozmów z potencjalnymi klientami wiem jednak, że niektórzy go nie rozumieją. Wyjaśnijmy zatem najważniejsze kwestie decydujące o tym, ile kosztuje korekta.

Nie pytaj o korektę, jeśli masz niezredagowany tekst

Można to powtarzać do znudzenia, a i tak większość autorów nie rozumie, że korekta i redakcja tekstu to nie usługi, które można sobie dowolnie wybierać. Korektę można bowiem wykonać jedynie wtedy, gdy tekst został uprzednio profesjonalnie zredagowany. Najczęściej więc okazuje się, że piszący lub dzwoniący do mnie autor potrzebuje de facto redakcji swojego tekstu. Korektę może zamówić ewentualnie potem, dodatkowo. Są to więc dwa różne elementy cyklu wydawniczego

Redakcja to pierwsze czytanie, sprawdzanie i poprawianie tekstu pochodzącego bezpośrednio od autora. Ponieważ w takim tekście błędów jest zazwyczaj sporo (i to nie tylko językowych), pierwsze czytanie i sprawdzanie jest usługą od korekty droższą. Wystarczy rzut oka na cennik, by się o tym przekonać.

Strona rozliczeniowa i arkusz wydawniczy

Zdecydowana większość redaktorów używa do obliczania objętości tekstu dwóch podstawowych jednostek. Chodzi tu o stronę znormalizowaną oraz arkusz. Zacznijmy jednak od tego, że najmniejszą jednostką rozliczeniową są znaki ze spacjami (zzs). 1800 znaków ze spacjami to jedna strona znormalizowana. Arkusz to 40 000 zzs. W mniejszych tekstach do obliczania objętości używane są znaki i strony, w większych – arkusze wydawnicze. Nie ma więc sensu pisać do redaktora, że tekst ma 21 tysięcy słów albo 228 stron A5: nic mu to nie powie, a skoro tak, to nie będzie również w stanie obliczyć i podać ceny.

Co ma wpływ na to, ile kosztuje korekta tekstu?

Wielu korektorów stosuje jednolitą stawkę, np. 9 zł netto albo brutto za stronę znormalizowaną. Jeśli o mnie chodzi, stosuję widełki cenowe. Interesuje mnie nie tylko objętość tekstu, ale też jego rodzaj, stopień skomplikowania oraz nasycenie błędami.

Klientom, którzy tego nie rozumieją, tłumaczę niekiedy, że tekst to nie gwoździe sprzedawane na wagę. Tekst tekstowi nierówny. Inaczej pracuje się z lekką powieścią obyczajową, a inaczej z pracą doktorską z chemii. Nad książką kucharską pracuje się inaczej niż nad napisanym urzędowym językiem okolicznościowym albumem. Ponadto w jednym tekście wystarczy poprawić przecinki i literówki, a w innym błędów jest cała masa, toteż poprawianie go idzie powoli. Każdy tekst jest inny i stawia inne wymagania.

Czy objętość ma wpływ na cenę? Oczywiście tak. W przypadku większego zlecenia cena korekty za stronę będzie niższa niż wtedy, gdy materiał ma kilka czy kilkanaście stron.

Cena edycji tekstu zależy również od tego, czy trzeba pracować w pliku PDF, czy też można to robić w MS Word. Ta pierwsza opcja jest – przynajmniej u mnie – droższa, ponieważ łatwiej i szybciej jest redagować w edytorze tekstu.

Wycena może też zależeć od oczekiwanego przez klienta terminu wykonania. Lepiej się nie spieszyć, zresztą pośpiech w mojej profesji nie jest wskazany. Profesjonalna korekta powinna się odbywać w spokojnym rytmie, pozwalającym wyłapać każdy błąd ortograficzny, stylistyczny, interpunkcyjny, gramatyczny, a bywa, że i merytoryczny. Także sprawdzenie tekstu pod względem ewentualnych błędów składu wymaga spokoju i koncentracji, a nie nerwowego spoglądania na zegarek.

Ile kosztuje korekta

Chcesz zapłacić mniej?

Kto zawozi swój samochód do mechanika lub blacharza, ten prawdopodobnie go umyje. Kto oddaje jakieś ubranie do krawca w celu dokonania przeróbek, zapewne uprzednio je wypierze. Dlaczego więc tekst wysłany do eksperta nie może być schludny i pozbawiony tych błędów, które każdy może za darmo usunąć na własną rękę? Mam tu na myśli choćby literówki, które można usunąć, korzystając z modułu sprawdzania pisowni w MS Word i internetowych narzędzi, np. languagetool.org. Przyślij więc tekst, którego nie musisz się wstydzić, a stawka będzie niższa.

Wysyłaj schludne teksty

Cennik jest ważny, ale czy najważniejszy?

Ze smutkiem zauważam, że dla wielu klientów liczy się przede wszystkim koszt korekty. Jakość to najwyraźniej kwestia drugorzędna. Tymczasem korekta językowa jest sztuką niełatwą do opanowania, korektorski warsztat buduje się latami, tu nie wystarczy ukończona filologia albo trzymiesięczny kurs za parę tysięcy. Tania edycja jest możliwa, ale tylko tam, gdzie doświadczenie i umiejętności nie dorównują dobrym chęciom.

Jeśli więc chcesz zlecić przygotowanie tekstu do publikacji fachowcowi, unikaj miejsc tanich oraz oferujących bardzo krótkie terminy. Bylejakość czyha w Internecie na każdym kroku i w każdej profesji – redakcja i korekta tekstu to również dziedzina, w której łatwo trafić na niefachowca.

Powinieneś także wiedzieć, że edycja tekstu to znacznie więcej niż tylko poprawianie błędów językowych. Dobry redaktor to w pewnym sensie „superczytelnik”, a więc ktoś, kto zna się nie tylko na stawianiu przecinków. Potrafi wyłapać w tekście miejsca niespójne, nielogiczne, przegadane lub zaniedbane, a dzięki rozległej wiedzy ogólnej często ratuje autora przed wpadkami.

(coai)

Planowanie tekstu – co musisz wiedzieć, zanim zaczniesz

Planowanie tekstu

Czy planowanie tekstu przed rozpoczęciem pisania ma sens? Oczywiście. Ba, w Internecie nie brak ludzi, których ja na swój użytek nazywam inżynierami tekstu. Są to autorzy rozmaitych opracowań, których łączy jedna wspólna myśl. Tekst jest dla nich konstrukcją zbudowaną z elementów według określonego planu. Ludzie ci promują więc rozmaite schematy, które należy stworzyć przed przystąpieniem do pisania.

Nie mam nic przeciwko takiej metodzie. Jestem jednak zadania, że dobry tekst niekoniecznie musi być zbudowany jak maszyna narysowana najpierw przez inżyniera. Taka konstrukcja jest schematyczna i to przeważnie widać. Pisanie na podstawie planu wymaga zatem niemałej zręczności językowej, by tekst działał i zachwycał jako całość, a nie jako zbiór podzespołów połączonych widocznymi „śrubami”.

Nie chcę więc w tym miejscu tworzyć kolejnego schematu. Jest jednak coś, co przed przystąpieniem do pisania warto sobie zaplanować. Niekoniecznie musi to być plan spisany i potem realizowany punkt po punkcie. Można mieć go w głowie. Dopiero na jego podstawie można zabrać się do pisania albo do szczegółowego planowania. Istnieje bowiem kilka pytań, na które warto znać odpowiedź, zanim jeszcze na białej płachcie w edytorze tekstu pojawią się pierwsze słowa.

Cztery najważniejsze pytania przed rozpoczęciem

Jeżeli Twój tekst ma „mieć ręce i nogi”, powinieneś przed rozpoczęciem pisania przyjąć dla niego pewną konwencję. Są to elementarne założenia, których trzeba będzie trzymać się podczas pracy. Można je ująć w czterech podstawowych pytaniach:

  1. Kim jest i jak oznacza swoją obecność w tekście autor?
  2. Do kogo dany tekst jest adresowany?
  3. Jaki jest cel pisania danego tekstu?
  4. Jak dany tekst będzie czytany?

Odpowiedź na te pytania zależy od rodzaju tekstu. Czasem autor ma wybór, czasem go nie ma. Jeśli na przykład jest to praca dyplomowa, określoną konwencję narzuca uczelnia albo to wszystko, co nazywamy stylem naukowym. W takim tekście nie zwracamy się do czytelnika („Zauważ, że zjawisko to wystąpiło dopiero w XX wieku”). Nie można w nim napisać „Wydaje mi się, że…”.

Czym innym jest tekst blogowy: tu autor ma właściwie nieograniczoną swobodę i wręcz powinien z niej korzystać, ale z pewną konsekwencją. Planowanie tekstu powinno więc ująć m.in. sposób zwracania się do czytelnika. Wróć na chwilę do pierwszego zdania pod bieżącym śródtytułem. Napisałem w nim „Jeżeli Twój tekst…”. Przyjąłem zatem, że zwracam się do pojedynczego czytelnika i stosuję grzecznościową pisownię wielką literą. Tego muszę się trzymać w całym tekście. Nie mogę przejść w którymś momencie na liczbę mnogą i np. zakończyć słowami „Koniecznie dajcie mi znać, co o tym sądzicie”. Skoro napisałem „Twój”, to muszę też konsekwentnie pisać „Ty” i „Ciebie” (a nie „ty” i „ciebie”).

Przyjrzyjmy się wspomnianym wyżej czterem pytaniom.

Planowanie tekstu to także zakładany obraz autora

Bez względu na to, co piszesz, zawsze jesteś w swoim tekście obecny. Tak, nawet wtedy, gdy w rozprawie naukowej z konieczności udajesz, że Cię nie ma („W rozdziale trzecim wymieniono najważniejsze aspekty…”).

Ekspertem jestem

W gruncie rzeczy powinieneś wiedzieć, kim chcesz być dla czytelnika i z jakiej pozycji przekazywać mu swoje treści. Do pewnego stopnia planowanie tekstu zależy tu od tego, do kogo tekst jest adresowany. Możesz przecież pisać swój tekst z pozycji „kumpla”, a więc zwykłego człowieka, chcącego wejść w serdeczną relację z czytelnikiem. Możesz równie dobrze usadowić się na pozycji eksperta i przemawiać „z wyżyn”. Nie musi to być zresztą ekspert, którego wiedza wywodzi się z dorobku naukowego. Jeśli napiszesz „Znam tę linię jak własną kieszeń, jeździłem tą trasą setki razy”, to także zasygnalizujesz, że znasz się na rzeczy. Ilekroć występujesz w roli eksperta, powinieneś się jakoś uwiarygodnić, w przeciwnym razie będzie to wywód z gatunku „nie znam się, ale się wypowiem”.

ekspert dla ubogich

Nie znam się, ale napiszę

Nic nie stoi zresztą na przeszkodzie, byś naprawdę się nie znał, a jednak napisał. Przecież możesz się wypowiedzieć na temat taktyki trenera reprezentacji, skuteczności szczepionek albo wyższości buddyzmu nad chrześcijaństwem lub odwrotnie. Twoja opinia też się liczy (zwłaszcza wtedy, gdy jesteś znany swoim czytelnikom). Możesz uczynić zastrzeżenie typu „Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, ale uważam, że…”.

Wyobraźmy sobie teraz, że coś opowiadasz. Niby wszystko jest jasne, a jednak Twoje opowiadanie może być napisane w konwencji sugerującej Twoją bezstronność, a więc i obiektywizm relacji, ale też może zawierać elementy ocen, co już zmienia postać rzeczy.

Jedno słowo, jedno zdanie, a zmiana jest zasadnicza

Jeśli napiszesz „Do autobusu weszły cztery osoby: dwóch mężczyzn, kobieta i dziecko”, podajesz suche fakty. Gdy dodasz zdanie „Robili wrażenie, jakby byli skonfliktowaną rodziną”, pojawiasz się w tekście, bo wrażenie robili przecież na Tobie. Jeżeli dodasz „Kobieta była brzydka”, w tekście pojawi się ocena, a więc z pewnością nie jest on już bezstronną relacją.

Opowiadając, możesz być narratorem nieobecnym na planie wydarzeń, ich biernym obserwatorem, ale równie dobrze możesz się tam pojawić. Dodaj „Wtedy postanowiłem się zdrzemnąć” i już jesteś nie tylko narratorem, ale i jednym z bohaterów opisywanego zdarzenia.

Ale nawet jeśli się tam nie umieścisz, możesz zaistnieć. Na przykład, jeżeli dodasz własne przemyślenia: „Zawsze uważałem, że oglądanie przesuwających się za oknem obrazów męczy, więc lepiej spać” – a Twój tekst nabierze charakteru bardziej osobistej relacji. To ważne, bo czasem lepiej, gdy tekst jest „bezosobowy”, a czasem dobrze mu zrobi, jeżeli autor staje niejako do rozmowy ze swoim czytelnikiem. Jeśli stawiasz na planowanie tekstu, ustal sam ze sobą, czy jest w nim miejsce na słowa, dzięki którym podkreślasz swoją obecność.

Teksty naukowe: znikaj, autorze!

Zauważ, że istnieją również teksty, zwłaszcza w dziełach mających wielu autorów, gdzie dominuje pierwsza osoba liczby mnogiej („W pierwszych dwóch rozdziałach staraliśmy się…”). W polskiej literaturze naukowej dominuje jednak bezosobowość („Eksperymentem powyższym wykazano, że…”). Specjalnie napisałem „w polskiej”, bo nie jest tak na całym świecie. Moim zdaniem ten nasz obyczaj jest do pewnego stopnia szkodliwy, ponieważ nie pozwala naukowcowi osobiście reprezentować danych tez lub odkryć, każe mu się wstydliwie chować pod pozorem zachowania pełnego obiektywizmu. Czy wiedza, za którą nie stoi od początku do końca konkretny człowiek, jest więcej warta niż ta, pod którą ktoś jest wyraźnie i wielokrotnie podpisany?

Wszak w badaniach naukowych wiele zależy od podejmowanych na każdym etapie decyzji. To z nich wynikają kolejne etapy badań i analiz. Bardziej autorskie podejście pozwoliłoby naukowcowi brać większą odpowiedzialność zarówno za same badania, jak i za ich wyniki.

Czy „słowa-śmieci” naprawdę są zbędne?

W tekstach innych niż naukowe pojawiają się nierzadko odautorskie wstawki, których rolą jest podkreślanie, że coś stanowi jedynie opinię. Takie słowa przydają się zwłaszcza w tekstach z kontrowersyjną treścią. Pisząc „jestem zdania, że…”, „uważam, że…” albo „według mnie…”, dajesz czytelnikowi do zrozumienia, że nie prezentujesz jakiejś prawdy objawionej, którą każdy ma przyjąć, „bo tak”, lecz jedynie swoją opinię, z którą można się zgadzać lub nie. Tym prostym sposobem dajesz sobie prawo do nawet bardzo niekonwencjonalnych stwierdzeń. Nawet jeśli ktoś je (np. w komentarzu pod blogowym wpisem) zakwestionuje, możesz nie uznać jego racji i pozostać przy swoich. Dlatego, choć Joanna Wrycza-Bekier w swojej „Magii słów” kwalifikuje takie zastrzeżenia do kategorii słów-śmieci, są one w niektórych tekstach przydatne. Nie wszyscy o tym wiedzą. W rozmaitych podręcznikach i poradach dotyczących blogowania wbija się młodym adeptom do głów, że napisanie „uważam, że…” niepotrzebnie osłabia tekst, toteż jeśli bloger chce być influencerem, powinien się ich wystrzegać. Tym sposobem niejedna napisana głupota staje się w zamiarze autora niepodważalną prawdą, a czytelnik… puka się w czoło.

Masz prawo tak pisać

Do kogo adresujesz swój tekst?

To kolejne pytanie, jakie trzeba sobie zadać przed przystąpieniem do pisania. Ale nie bój się, to nie jest podręcznik dla copywriterów. Bo gdyby mój tekst nim był, zapewne pojawiłoby się w nim przykazanie, byś albo zdobył niezwykle szczegółową wiedzę na temat rzeczywistego odbiorcy, albo stworzył tzw. personę, a więc postać teoretyczną, o której także wiesz niemal wszystko.

Zbytnie uszczegółowienie wyobrażenia o odbiorcy nie ma jednak sensu. Czy naprawdę trzeba przyjmować założenia co do tego, o której rano wstaje, co je na śniadanie, czy i jakiego słucha przy tym radia, jaki jest jego ulubiony kolor, a jaka preferowana pozycja podczas czynności niekoniecznie zorientowanych na prokreację? Oczywiście nie. Ani zdobycie takich informacji nie jest możliwe, ani stworzona w wyobraźni autora persona nie będzie tak dalece odpowiadała rzeczywistemu czytelnikowi.

Każdy tekst powinien mieć adresata

Nie znaczy to jednak, że z pewnych podstawowych założeń można zrezygnować. Są przynajmniej dwie rzeczy, które należy zdefiniować przed pisaniem:

  • czy czytelnik jest fachowcem w danej dziedzinie, czy też laikiem;
  • jaki język jest przezeń oczekiwany, a jaki będzie odpowiedni.

Wyobraź sobie, że poproszono Cię o napisanie artykułu do czasopisma wędkarskiego. Nietrudno sobie wyobrazić, że czytają je przede wszystkim zapaleni wędkarze. Są to ludzie dysponujący pewną (czasem nawet sporą) wiedzą o wędkowaniu,  posługujący się słownictwem fachowym, a niekiedy i żargonem. Jeśli chcesz napisać tekst, który zostanie przez nich pozytywnie odebrany, musisz trzymać się tej konwencji.

Czy odbiorca zrozumie twój tekst?

Doskonałym przykładem mogą być niektóre odpowiedzi ekspertów w internetowej Poradni językowej PWN. Pytania zadają tam najczęściej zwykli, przeciętni ludzie, chcący się czegoś dowiedzieć o zasadach poprawnej polszczyzny. Autorzy odpowiedzi przeważnie się z tym liczą i odpowiadają w prostych słowach (przynajmniej w konkluzjach), że np. „przecinek w tym miejscu jest zbędny”. Bywa jednak i tak, że ktoś z nich się zapomni i napisze: „użycie przecinków wokół imiesłowu przymiotnikowego i członów od niego zależnych ma związek z referencją określanego przezeń rzeczownika. Gdy sam rzeczownik ma referencję zgodną z intencją nadawcy, przecinki są potrzebne, aby imiesłów nie zawężał jej bez potrzeby”. Ilu czytelników zrozumie takie wyjaśnienie?

Warto przy okazji wspomnieć, że specjalne edytory służące do pisania tekstów SEO, badają częstotliwość występowania trudnych słów, a także długość zdań. Większe szanse na wysoką pozycję w Google mają bowiem teksty zrozumiałe dla każdego. Materiały specjalistyczne, przeznaczone dla fachowców, nie mogą liczyć na dobre miejsca w rankingu.

Planowanie tekstu: panie, ale co ludzie pomyślą?

Bardzo roztropnym podejściem jest także założenie określonego stosunku czytelnika do prezentowanych mu treści. Planowanie tekstu wymaga ustalenia, czy czytelnik jest zainteresowany daną tematyką – wtedy nie trzeba nadmiernie uatrakcyjniać tekstu, bo i tak zostanie przeczytany. Może być jednak i tak, że temat dotyczy zagadnienia uważanego powszechnie za nudne, a wówczas trzeba sięgnąć po środki zachęcające do lektury i utrzymujące uwagę czytającego. Dotyczyć to może także tytułu i leadu.

Można także – a czasem wręcz trzeba – wyobrazić sobie, czy stosunek emocjonalny czytelnika do danej treści będzie raczej pozytywny, przychylny, czy też odwrotnie. Zależy to zarówno od samego zagadnienia, jak i od miejsca publikacji.

To ważne, ponieważ innej argumentacji używa się, by „przekonać nieprzekonanych”, a innej, gdy autor i czytelnicy to sami swoi, którzy dobrze się rozumieją. Pisząc rzeczy niepopularne lub kontrowersyjne, trzeba też przygotować się na odzew. Pewnej części oburzenia czy dezaprobaty można wówczas zapobiec jeszcze podczas pisania tekstu („Wiem, że niektórzy zarzucą mi to i to, ale…”).

Pisać pod publikę czy pod prąd?

Niejeden autor zadaje sobie w tym miejscu pytanie, czy można albo wręcz należy pisać pod publikę, a więc to, co czytelnik chce przeczytać. Nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, bo wszystko zależy od miejsca i okoliczności. Zabiegająca o popularność i masową sprzedaż gazeta bulwarowa nie przywiązuje więc szczególnej wagi do wiarygodności. Nie stroni od przesady, koloryzowania ani sensacyjnych tytułów. Może się wręcz posuwać do drobnych oszustw. Jednym z nich jest zapowiadanie nagości: „Tylko u nas! Nagie zdjęcia XY!”, podczas gdy na prezentowanych fotografiach gwiazda lub celebrytka jest w kostiumie kąpielowym. Czytelnik brukowca jakoś mu to wybaczy. Całość tworzona jest przecież pod jego gusta i lepiej lub gorzej, ale zapotrzebowanie zaspokaja. W takiej gazecie, adresowanej do masowego odbiorcy, nie znajdzie się jednak tekst nawołujący do obniżenia podatków najbogatszym – tego by już czytelnik nie zniósł. Z kolei w czasopiśmie dla biznesmenów daremnie szukać tekstów o konieczności podniesienia płacy minimalnej i zasiłków dla bezrobotnych.

Gdyby jednak wszyscy pisali wyłącznie to, co ludzie chcą czytać, stalibyśmy w miejscu. Teksty obalające mity i stereotypy, materiały pisane „pod prąd”, artykuły prezentujące niepopularny punkt widzenia też są potrzebne, choć oczywiście żaden wydawca nie zdecyduje się zapewne publikować tylko tego, co wprawia czytelników w irytację. Tak czy inaczej, przed rozpoczęciem pisania warto mieć świadomość, czy tekst trafi na podatny grunt, czy też na armię przeciwników.

Planowanie tekstu: jego przeznaczenie i cel

Nie zawsze, ale prawie zawsze tekst pisany jest po coś. Owszem, czasem tylko po to, żeby autor zarobił parę groszy albo żeby grafoman pozbył się napięcia związanego z przemożną potrzebą zapełnienia ekranu potokiem słów. Planowanie tekstu musi objąć także sens jego powstawania.

Przeważnie jednak tekst ma spełnić jakąś funkcję. Podstawowe funkcje to:

  • informacyjna (np. instrukcja obsługi jakiegoś produktu);
  • perswazyjna (np. tekst reklamowy, mający skłaniać do kupienia czegoś);
  • rozrywkowa (tekst skeczu albo komediowego opowiadania);
  • estetyczna (tekst zachwycający swoim pięknem).

Nader rzadko tekst ma tylko jedną funkcję. Reklama może być przecież zabawna, a tekst będący przykładem prawdziwej wirtuozerii słowa może nieść jakiś istotny przekaz informacyjny. Trzeba jednak wiedzieć, jaka jest główna funkcja, a ewentualne dodatkowe mogą być jedynie podrzędne.

Smutne jest to, że w Polsce funkcja informacyjna – mam tu na myśli media – jest niemal zawsze łączona z perswazyjną. Gazety, stacje radiowej i telewizyjne „mają własne zdanie” i skrupulatnie częstują nim swoich odbiorców. Obiektywne informacje można tam znaleźć w rubrykach poświęconych kursom walut i akcji, w prognozie pogody i programie telewizyjnym. Ilekroć jednak mowa o polityce lub gospodarce, do głosu dochodzi „linia programowa” danego medium, co w praktyce oznacza mniej lub bardziej nachalną propagandę.

Od informacji do manipulacji i propagandy

Wcale nie trzeba się przy tym posuwać do działań tak oczywistych, jak w przypadku TVP od jesieni 2015 roku. Prosty przykład: gazeta chcąca uchodzić za obiektywną i niezależną opisuje wizytę papieża w jakimś kraju. Używa przy tym określenia „Ojciec Święty”, choć właściwym miejscem dla niego byłyby media katolickie. Pisząc w ten sposób o papieżu, gazeta podkreśla „jesteśmy katolikami” – zupełnie niepotrzebnie, bo traci tym samym u osób niewierzących oraz ludzi innych wyznań. Inny przykład: dnia nie ma, by w jakimś miejscu na świecie nie toczyły się walki. Informując o tym, że jakieś zbrojne grupy dokonały zamachu albo starły się z siłami rządowymi lub okupacyjnymi, można o nich mówić „bojownicy”, „partyzanci” albo „terroryści”. I nawet w miarę obiektywna informacja okraszona którymś z tych słów wyraźnie sygnalizuje stosunek nadawcy do walczących stron.

Terroryści czy partyzanci?

Dlatego tak ważny jest dobór słów. W polskich realiach na przykład bardzo często myli się pojęcia „zwolennicy aborcji” i „zwolennicy prawa do aborcji”. Różnica niby drobna, ale jej konsekwencje znaczeniowe są ogromne.

Czasem to propaganda, a czasem bylejakość

Czasem zresztą dobór słów nie jest nawet wynikiem określonej linii programowej narzucanej przez wydawcę lub naczelnego, ale rezultatem zwykłej niekompetencji dziennikarza. A ponieważ w wielu polskich mediach nie ma już ani korektorów, ani doświadczonych redaktorów, w eter i na łamy trafiają materiały z nutką propagandy, choć jest to całkowicie niezamierzone.

Wbrew pozorom pisanie tekstów czysto informacyjnych jest bodaj najtrudniejszą sztuką. Trzeba taki tekst nie tylko dobrze napisać, ale jeszcze starannie potem zredagować, usuwając wszystko, co nie stanowi bezstronnego przekazu. Przy tym wszystkim trzeba uważać, by materiał nie stał się zbyt „suchy”, a więc kompletnie nieatrakcyjny dla odbiorcy, sterylny i nudny.

Rzecz jasna, planowanie tekstu w przypadku niedługiej notatki prasowej dość trudno sobie wyobrazić, ale w jakiejś choćby szczątkowej formie też powinno mieć miejsce.

Wyobraź sobie czytelnika

Ech, jak ja bym chciał, żeby ten tekst był czytany wyłącznie na komputerach stacjonarnych i laptopach. W skupieniu, z uwagą. Chciałbym, żeby czytelnik siedział przy biurku albo trzymał laptopa na kolanach. Żeby był skoncentrowany, żeby chłonął każde zdanie. Może nawet, żeby robił notatki?

Rzeczywistość jest jednak inna, o czym łatwo się przekonać, zaglądając na swoje konto w Google Search Console. Tam okazuje się, że połowa albo i więcej czytelników korzysta z urządzeń mobilnych, w tym – o zgrozo! – ze smartfonów. Tym samym trzeba założyć, że tekst może być czytany zupełnie inaczej, niżbyśmy tego chcieli. Także Twój tekst może być niedbale przeglądany, scrollowany na ekraniku smartfona, a jego czytelnik stać w tramwaju lub autobusie i trzymać się jedną ręką jakiegoś uchwytu.

W samolocie

Jeśli piszesz książkę (beletrystyczną, a nie naukową!), to zapewne umiarkowanie martwi Cię czytanie jej w tramwaju, pociągu albo poczekalni do lekarza, zwłaszcza jeśli jest to wydanie drukowane. Gdy jednak publikujesz w Internecie, powinieneś pamiętać o czytelnikach zapoznających się z Twoimi tekstami „byle gdzie”, a więc i „po łebkach”. Trzeba to uwzględniać podczas planowania tekstu – chodzi tu głównie o akapity i śródtytuły ułatwiające lekturę „w trudnych warunkach”.

Gdy natomiast piszesz teksty w językach obcych i adresujesz je do czytelników zagranicznych, planowanie powinno obejmować także kontekst kulturowy. Oznacza to nie tylko język dostosowany do odbiorcy (np. angielski brytyjski czy amerykański?), ale i uwarunkowania związane z tradycją i kulturą danego kraju. Na pewno inaczej powinno się pisać dla Polaków, inaczej dla Japończyków, a jeszcze inaczej np. do mieszkańców Arabii Saudyjskiej. Bierzesz to pod uwagę?

A to wszystko dopiero początek

Jeśli jesteś wytrawnym, doświadczonym autorem, planowanie tekstu poprzez znalezienie odpowiedzi na podane wyżej pytania jest dla Ciebie łatwe i odbywa się wręcz automatycznie. W innym wypadku powinieneś poświęcić na to niezbędny czas.

I dopiero teraz przystąpić do planowania struktury treści. Jeżeli piszesz dla medium drukowanego, rzecz jest łatwiejsza, bo sprowadza się do stworzenia planu, który zagwarantuje, że wyczerpiesz temat w uporządkowany sposób, a zarazem „sprzedasz” swoje myśli w sposób nie tylko atrakcyjny, ale i zapewniający, że tekst spełni swoje zadanie.

Bardziej skomplikowane jest planowanie struktury tekstu przeznaczonego do publikacji w Internecie. Tu trzeba bowiem uwzględnić także wymogi SEO, a więc:

  • tytuł,
  • strukturę nagłówków (śródtytułów H2-HX),
  • liczbę ilustracji,
  • opisy Alt do ilustracji,
  • liczbę i rodzaj słów wyróżnionych kursywą i boldem,
  • frazy kluczowe i nasycenie nimi tekstu,
  • liczbę słów i znaków,
  • opis META Description.

Tu pomocne mogą być specjalne edytory tekstu w płatnych internetowych witrynach, takich jak Semstorm, Surfer SEO czy SEO Power Suite. Wykorzystują one analizę tekstów konkurencji, które zajęły wysokie pozycje w wynikach wyszukiwania Google. Cały trick polega na tym, że skoro algorytmu wyszukiwarki nie da się do końca odgadnąć, można korzystać z twardych danych: jeżeli pewne teksty znalazły się wysoko w Google, to trzeba stworzyć tekst pod pewnymi względami podobny, choć jego treść i forma mogą być oczywiście zupełnie odmienne.

Takie planowanie tekstu pozwala znacznie zwiększyć szanse na jego dobrą pozycję w Google, a tym samym dużą liczbę odwiedzin i dorównanie konkurencji lub wręcz jej pokonanie.

Nie jest to łatwe, ale jeśli wziąć pod uwagę, że jest to pozycjonowanie po stosunkowo niskich kosztach, warto po tę metodę sięgnąć.

Planowanie promocji tekstu

Niestety, nie jest dziś już tak, że dobry tekst obroni się sam. Nawet jeśli właściwie wypozycjonujesz go w Google, nie gwarantuje to pozyskania dużej liczby czytelników. Niezbędnym dodatkiem jest więc promocja w mediach społecznościowych. Warto ją robić „z głową”, by prezentowane tam zajawki rzeczywiście skłaniały do kliknięcia i przejścia na stronę docelową.

To także wymaga planowania. Trzeba przecież w porę wiedzieć, gdzie dany tekst będzie promowany i w jaki sposób. Czy wystarczą posty w ramach darmowych kont na Facebooku, LinkedIn lub Instagramie, czy może warto sięgnąć po płatną reklamę, w tym także Google Ads? Budżet zależy tu oczywiście od roli danego materiału. Jeśli jest nią sprzedaż, nakłady mogą być odpowiednio większe, bo zakładasz przecież, że się zwrócą. Ale nawet wtedy, gdy chodzi np. o reklamowanie nowego blogu, warto niekiedy sięgnąć po dodatkową, także płatną promocję, by nie czekać latami, aż czytelnicy dowiedzą się o jego istnieniu, zaakceptują go i polubią.

Planowanie tekstu

Podsumowanie: wolisz planowanie tekstu czy loterię?

Pisanie tekstów bez planowania przypomina loterię. Czasem trafi się ze spontanicznie pisanym tekstem nie tylko w sedno, ale i w zainteresowanie odbiorców. Jeden na ileś tekstów stanie się hitem, pozostałe zginą w oceanach innych treści.

Staranne planowanie wydłuża czas od pomysłu do publikacji, ale wydatnie zwiększa szanse na sukces. Na dobrą sprawę można by tu odwołać się do zasady Pareta i przyjąć, że samo pisanie tekstu to zaledwie 20 procent pracy, jaką należy włożyć w jego przygotowanie, publikację i promocję. Nie jest to zapewne dobra wiadomość dla autorów, ale nadpodaż treści i wynikająca z niej konkurencja wymuszają działania zorganizowane i starannie przemyślane – dziś tylko takie pozwalają osiągać zamierzone cele.

Nieocenioną pomocą w tworzeniu niniejszego tekstu była dla mnie książka Jolanty Maćkiewicz „Jak dobrze pisać. Od myśli do tekstu”, PWN, Warszawa 2010, dodruk do wydania I, Warszawa 2014 (YS)

Co i jak pisać w cudzysłowie – porady redaktora

Dziewczyna

Cudzysłów służy do wyróżniania małych i dużych fragmentów tekstu – od pojedynczego wyrazu aż po długie cytaty. Komputeryzacja sprawiła niestety, że jego polscy użytkownicy narażeni są na nieustanny kontakt z jego wypaczoną formą, o czym napiszę poniżej. Oto najważniejsze informacje o cudzysłowie i o tym, jak go poprawnie stosować.

Cudzysłów w poprawnej postaci

W języku polskim należy stosować wyłącznie cudzysłów drukarski (znany też pod nazwą cudzysłów apostrofowy), który rozpoczyna się dwoma znaczkami na dole, a kończy dwoma znaczkami na górze. To, co zawierają liczne strony internetowe, czyli “”, to jedynie cudzysłów amerykański – stosowanie takich cudzysłowów jest błędem.

Poprawny cudzysłów

Jak zrobić cudzysłów

Tylko nieliczne edytory tekstu, w tym MS Word, potrafią wstawiać prawidłowe polskie cudzysłowy. W wielu sytuacjach trzeba jednak wstawiać cudzysłowy ręcznie. W Windows odbywa się to następująco:

  1. Włącz klawiaturę numeryczną i na niej wpisuj kody cyfrowe.
  2. Wstukaj (lewy) Alt 0132, żeby otworzyć cudzysłów (utworzyć cudzysłów dolny).
  3. Wpisz wyróżniane słowa.
  4. Wstukaj (lewy) Alt 0148, żeby cudzysłów zamknąć.

Cudzysłów stawiamy oczywiście bezpośrednio obok wyrazu lub wyrażenia, bez spacji:

Nie piszemy „adres email”, lecz „e-mail”. Nie piszemy „cudzyslow”, lecz „cudzysłów”.

Cudzysłów w cudzysłowie

Czasem zdarza się tak, że np. cytowana w cudzysłowie wypowiedź zawiera coś, co również wymaga użycia cudzysłowu. W takiej sytuacji z pomocą przychodzi cudzysłów francuski i cudzysłów niemiecki:

Cudzysłów francuski i niemiecki

Tak wygląda cudzysłów ostrokątny francuski i niemiecki. Używamy go jako cudzysłowu wewnętrznego (przeważnie wersji niemieckiej, bo francuska występuje przede wszystkim w słownikach, w tym w internetowym Słowniku języka polskiego PWN). W razie wątpliwości szukaj w Tablicy znaków.

Każdy z nich to zarazem tzw. cudzysłów ostrokątny. W praktyce wyglądają tak:

„Jeśli masz wątpliwości, szukaj w »Gazecie Wyborczej«”, zasugerowała mi koleżanka.

cudzysłów «znak graficzny w postaci dwóch par przecinków: „ ” lub rzadziej w innej formie, np. << >>, >> <<, w które ujmuje się wyrazy, powiedzenia lub zdania cytowane» (Słownik języka polskiego PWN)

Rzadziej używany bywa cudzysłów definicyjny: ‘’ – spotykamy go zazwyczaj w publikacjach naukowych.

Cudzysłów jako oznaczenie cytatów lub tytułów jest alternatywą dla kursywy. Najczęściej piszący ma do wyboru, który sposób wyodrębniania wybrać. Trzeba jednak pamiętać o konsekwencji: jeżeli w tekście występują np. różne tytuły piosenek, to albo wszędzie należy użyć cudzysłowu, albo wszędzie kursywy. Poprawna pisownia wymaga konsekwencji, jeśli więc raz użyłeś cudzysłowu, to i w dalszej części tekstu używaj cudzysłowów. Jeżeli jakieś wyrażenia zapisałeś kursywą, postępuj tak dalej.

Odmiana słowa „cudzysłów”

Nie tylko sam znak, ale i jego poprawna nazwa sprawia czasem kłopoty. „W cudzysłowie czy w cudzysłowiu?” – takie pytanie zadają sobie nierzadko Polacy. Poprawna jest ta pierwsza wersja. Jeśli więc zastanawiasz się, czy coś jest w cudzysłowie czy w cudzysłowiu, pamiętaj, że Rów -> w rowie, Ostrów -> w Ostrowie, a więc i w cudzysłowie.

 

Dziewczyna

To przykazanie z pewnością warto sobie wziąć do serca. Ten krótki tekst napisał Stanisław Jerzy Lec. A jaka jest poprawna odmiana słowa „cudzysłów”?

cudzysłów

cudzysłowu

C cudzysłowowi

cudzysłów

cudzysłowem

cudzysłowie

cudzysłowie

Przyszedł mi do głowy taki wierszyk. Może dzięki niemu łatwiej Ci będzie tę odmianę zapamiętać:

Nocka ciemna, księżyc w nowiu

Snem spokojnym śni Warszawa

Nigdy nie mów „w cudzysłowiu”

Bo twój grób porośnie trawa

Trzymaj słownik w pogotowiu

Bądź Polakiem, co się zowie

Nie mów nigdy „w cudzysłowiu”

Dobra forma? „W cudzysłowie”!

Co piszemy w cudzysłowie

Cudzysłowu używamy:

– do cytowania:

Mówimy wtedy: „Tak, takie jest życie! Zobacz, to prawda. Nawet on tak twierdzi. Taka jest rzeczywistość”.

(Katarzyna Ostrowska)

– do wyrażania ironii:

Nie macie nawet jajecznicy w tym waszym „menu”?

– do wyodrębniania wyrazów obcych stylistycznie:

Wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, Unia Europejska zdrowo się „wkurzy” na polski rząd.

– do oznaczania nazw własnych lub ich części, także pseudonimów:

„Bernard” walczył w zgrupowaniu „Radosław” Armii Krajowej, w batalionie „Czata 49”.

Często bywa tak, że wypowiedź zawarta w cudzysłowie zawiera komentarz. Nie trzeba wtedy cudzysłowu zamykać i znowu otwierać, ponieważ wtrącenie można wyodrębnić myślnikami. Przykładem niechaj będzie cytat:

„Też pomysły – rzekł cudzysłów. –

Śmiać się można z tych pomysłów,

Bo kto czytał różne wiersze,

Wie, że mam w nich miejsce pierwsze”.

(Jan Brzechwa, „Znaki przestankowe”)

Cudzysłów a inne znaki interpunkcyjne

Czasami obok cudzysłowu musi wystąpić inny znak interpunkcyjny.

Jeśli jest to kropka, stawiamy ją po cudzysłowie:

Prawidłowa forma brzmi „osiołkowi w żłoby dano”.

Ze znakiem zapytania postępujemy ostrożnie. Jeżeli pytajnik dotyczy wyrażenia lub wyrazu zawartego w cudzysłowie, to stawiamy go wewnątrz:

„Jesteś w formie?” to ulubione pytanie trenera.

Jeśli pytajnik dotyczy całego zdania, to zgodnie z regułami języka polskiego stawiamy go po cudzysłowie:

Kto powiedział, że „strona bierna jest niepożądana w treści sprzedażowej”?

Jeżeli urywamy cytat i zaznaczamy to wielokropkiem, to po cudzysłowie:

„Deszcze niespokojne potargały sad”… to fragment piosenki, którą znały wszystkie dzieci w PRL.

Ale uwaga: wielokropek w nawiasie kwadratowym oznaczający skrócenie cytatu (przede wszystkim w publikacjach naukowych) wstawiamy wewnątrz cudzysłowu:

Zbigniew Herbert napisał kiedyś, że „Łzy prawdziwe są gorące, wskutek czego bardzo trudno oddzielić je od twarzy. […]”.

Mam nadzieję, że uda Ci się to zapamiętać.

Czego nie pisać w cudzysłowie

Warto ponadto pamiętać, aby cudzysłowu nie nadużywać w sytuacjach, gdy używamy w tekście utartych związków frazeologicznych. Chodzi o wyrażenia, które język polski doskonale zna:

! To słowo to znak, że wyrządziłem ci „niedźwiedzią przysługę”.

W cudzysłowie nie zapisujemy też słów tworzących przenośnię:

! Twoja strona internetowa „sprzedaje” tylko złudzenia, a nie słowniki PWN. Szkoda słów…

! Zimą w Bałtyku kąpią się gdańskie „morsy”, czym zadziwiają wielu ludzi.

Jak pisać dialogi, by chciało się je czytać

Przesadzone dopiski

Dialogi w opowiadaniach i powieściach to często element decydujący o ich sukcesie. Ich tworzenie to niełatwa sztuka. W tym tekście zamieszczę zatem najważniejsze wskazówki dla autorów opowiadań i powieści.

Najważniejsze zasady pisania dialogów

Wypowiedź dialogowa musi zaczynać się od wcięcia akapitowego i być poprzedzona oraz zakończona półpauzą albo pauzą.

Co wybrać – pauzę czy półpauzę? Nie ma to znaczenia, ale półpauza jest obecnie najpopularniejsza. Co ważne: między pauzą lub półpauzą a pierwszym słowem wypowiadanym przez bohatera, a także między pauzą (półpauzą) kończącą wypowiedź a początkiem narracji należy wstawiać twardą spację. Czemu tak? Powoduje to powstanie stałego, jednolitego odstępu. Gdyby go nie było, to w tekście (zwłaszcza obustronnie justowanym) powstaną po prostu różne odległości, a to nie będzie estetycznie wyglądało.

Dialogi

Interpunkcja w dialogach – zasady

Jeżeli wtrącenie narratora zawiera słowo oznaczające mówienie (powiedział, rzekł, odpowiedział, odparł, ripostował, odrzekł, stwierdził, krzyknął itp.), dialogu nie kończymy kropką:

Dialogi

Skoro nie ma kropki, to oczywiście wtrącenia narracyjne zapisujemy małą literą. Podobnie jest wtedy, gdy kwestia dialogowa kończy się znakiem zapytania albo wykrzyknikiem. Pamiętajmy jednak, że dotyczy to sytuacji, w której tekst narratora oznacza mówienie:

Dialogi

Kropką kończymy wypowiedź bohatera wtedy, gdy nie ma po niej komentarza narratora albo gdy jest, ale zawiera czasownik nieoznaczający mówienia. Wypowiedź narracyjną zaczynamy wtedy wielką literą. Również jeżeli to, co rzecze bohater, kończy się znakiem zapytania lub wykrzyknikiem, a wtrącenie nie oznacza mówienia, zaczynamy je wielką literą:

Dialog

Jeszcze jedna zasada pisania dialogów: jeżeli narracja obejmuje rzeczownik oznaczający sprawcę czynności, to czasownik może wystąpić dopiero po nim. Oczywiście takie określenie nie zawsze jest konieczne:

Dialog biurowy

Narrację można także wplatać w dialog. Wtrącenia narratora zapisujemy wówczas bez kropki, a kontynuację wypowiedzi danej postaci małą literą. Wtrącenie powinno odnosić się do mówienia:

Dialog w biurze

Analizując powyższe przykłady zwróć uwagę, że zarówno wypowiedzi bohaterów, jak i narracja zapisywane są po wcięciu akapitowym, o ile zaczynają się od nowej linijki, czyli nowego akapitu.

Garść porad redaktora

ABC pisania powieści

Być może zainteresuje Cię mój e-book „ABC pisania powieści”

W powieściach i opowiadaniach rozmowy stanowią niezwykle istotny element. Sama umiejętność ich zapisywania to nie wszystko. Trzeba również umiejętnie operować objaśnieniami: nie może ich być za wiele, powinny natomiast ułatwiać czytelnikowi lekturę tekstu.

Jeżeli więc rozmawiają dwie osoby, nie ma sensu dodawać do każdej wypowiedzi „powiedział Marcin”, „odparła Julia” itp. Niech dialog toczy się wartko, ale tak, by czytelnik mógł zawsze, i to bez większego trudu, orientować się, kto co mówi. Nie zawsze trzeba w tym celu stosować wtrącenia narracyjne. Są też inne sposoby. Na przykład, jeśli rozmawia mężczyzna z kobietą, można zapisać długą serię ich wypowiedzi bez narratorskich dodatków, wplatając do nich czas przeszły. Czytelnik zorientuje się, że słowa „przecież ci mówiłam” wypowiada Julia, a „nigdy tego od ciebie nie usłyszałem” – mówi Marcin, a nie odwrotnie.

Istotną regułą dotyczącą poprawnego pisania dialogów jest umiejętne obchodzenie się z imionami bohaterów. Oznacza to w praktyce dwie rzeczy:

Nie przesadzaj z częstotliwością przeplatania nimi dialogów. Rozmawiający ludzie nie zwracają się do siebie co chwilę po imieniu. Robią to raczej rzadko. Nie ma więc sensu tworzyć ciągów typu „Marcinie! Tak, Julio? Widzisz, Marcinie, mam ci coś do powiedzenia. Ach tak, Julio?”.

Weź pod uwagę, że wołacz jest od lat w odwrocie. Owszem, w połączeniu z „pani” i „panie” jest czymś naturalnym („pani Julio, panie Marcinie”, ale czy wyobrażasz sobie żonę mówiącą do męża „Krzysztofie”? Jeśli już, to użyta zostanie jakaś forma typu „Krzysiu”, „Krzychu” itp. Jeżeli imię pada w pełnym brzmieniu, to z reguły w mianowniku (Krzysztof, czy wiesz, gdzie znajduje się mój telefon?).

Sztuka pisania dialogów to także umiejętność oddawania klimatu naturalnej rozmowy. To z kolei oznacza, że bohaterom należy przypisywać język żywy, język mówiony, czasami wręcz zawierający błędy. Formę wypowiedzi należy dopasować zarówno do epoki, jak i do charakterystyki bohaterów.

Niechaj rozmowa bohaterów brzmi naturalnie

Jeśli piszesz powieść fantasy, a Twoją bohaterką jest księżniczka w średniowiecznych szatach, to trudno sobie wyobrazić, żeby zwracała się do służki słowami „No dobra, to teraz dalej, wbijamy na jakąś miejscówkę, żeby strzelić komara. Ja dziękuję, ale siara była w tym miejscu!”.

Pozwól mówić gwarą, jeśli umiesz się nią posługiwać, a bohaterem jest np. Ślązak, poznaniak albo góral. Jeżeli miejsce akcji znajduje się w biurze, nie bój się włożyć bohaterom w usta elementów „korpomowy”.

Jeśli fabuła rozgrywa się współcześnie, pozwól każdej postaci tak formułować myśli, jak to się w jej środowisku robi na co dzień. Pozwól im przeklinać, jeśli trzeba. Zezwól na skróty myślowe i krótkie, cięte riposty. Niech od czasu do czasu ktoś powie tylko jedno słowo, na przykład „nie”. Stosuj zdania, ale i ich równoważniki. Po prostu. Zyskasz wdzięczność czytelnika i przychylne komentarze. 

Najważniejsza rada dla autorów dialogów

Czytaj książki uznanych autorów, ale rób to z głową. Czytaj nie tylko dla przyjemności. Nie ograniczaj się do pochłaniania treści, nawet jeśli książka jest wyjątkowo interesująca. Czytaj także jako autor i podglądaj, jak to się robi. Podglądaj warsztat najlepszych. Rozgryzaj technikę każdego autora. Naprawdę warto.

Bądź kreatywny, bo każdy dobry dialog to wielki plus dla opowiadania lub powieści. O szukaniu inspiracji wspominam poniżej. Przeczytaj na przykład którąś z powieści Remigiusza Mroza z cyklu z Chyłką. Każda rozmowa prawniczki z partnerem to dialog zapadający w pamięć. Służą temu przede wszystkim cięte riposty Chyłki, jej kpinki i przemyślnie zbudowane zdania. A gdy już napiszesz, zwróć się do mnie – chętnie zajmę się redakcją Twojego opowiadania lub powieści. Tak przy okazji zapytam: a czy wiesz, jak wygląda cykl wydawniczy, a więc to wszystko, co czeka Cię po napisaniu tekstu?

Zostań mistrzem dialogu

Literatura to nie tylko treść. Forma jest dla utworu literackiego tym, czym karoseria dla samochodu. Samą fabułą serc nie podbijesz: kto chce ograniczać się do podawania suchej treści, niech lepiej zajmie się tworzeniem plików cookies albo instrukcji obsługi. Czemu plików cookies? Bo to proste połączenia name – value.

Już dziesiątki lat temu wiadomo było, że dobre, zwłaszcza dowcipne rozmówki mogą uratować nawet słabszą powieść. Jeśli kiedykolwiek widziałeś marny film, ale ze świetnymi dialogami, to pewnie wiesz, o co chodzi. Niech każde zdanie w dialogach będzie przemyślane (mam nadzieję, że nad tekstami pracujesz w pocie czoła, bo szanujesz czytelnika). Przyłóż się do każdej wypowiadanej kwestii, rozważając nie tylko to, co powiedział bohater, ale i jak powiedział. 

Nie wiesz, jak napisać dialog?

Nikt nie powiedział, że swój utwór musisz napisać, trzymając się kolejności. Jeżeli nie chodzi Ci akurat po głowie pomysł na wciągającą rozmowę bohaterów, możesz przeskoczyć dalej – o dwie strony albo dziesięć. Możesz też przerwać pisanie i poświęcić czas temu, co zawsze pomaga, czyli lekturze. Nie musisz mieć natchnienia akurat wtedy, gdy chcesz napisać dialog. Ani w ogóle wtedy, gdy chcesz lub „powinieneś” pisać.

Choć warto mieć zasady i być zdyscyplinowanym, w przypadku pracy twórczej nie zalecam zmuszania się do pracy. Nie, dziękuję, w tej kwestii jestem zwolennikiem dostosowywania się do weny. Nie znam przypadku, w którym przybywałaby ona na żądanie. Podejrzewam, że gdybym ją próbował wezwać, toby mi pewnie odpowiedziała mi słowami powszechnie uznawanymi za nienachalnie grzeczne. Zdecydowanie wolę stukać w klawiaturę, gdy mam po temu powód w postaci pomysłu.

Ilekroć nie jestem w stanie napisać jakiegoś tekstu, siadam i czytam kolejne strony książki, którą aktualnie mam w czytniku. A potem sobie za to dziękuję, bo to mnie naprawdę inspiruje. Czasem inspirację przynosi inny tekst: to może być artykuł w gazecie albo nawet jakiś newsletter, czyjś komentarz na Facebooku. Czyjeś celne zdanie, jakiś zapis – właściwie z każdego tekstu może pochodzić impuls dający nadzieję, że tym razem słowa popłyną wartkim strumieniem na nieznośnie biały ekran. Służą temu nawet strony internetowe, chociaż zawsze lepiej szukać natchnienia na papierze niż online. A zresztą… „Natchnienie, czymkolwiek ono jest, rodzi się z bezustannego nie wiem”, powiedziała ponoć Wisława Szymborska. 

Zamiast podsumowania

Zawsze mówiłam – powiedziała babcia – że mężczyzna jest jak pies, byle gdzie śpi, byle gdzie się załatwia, byle co je. Z tym, że pies sobie liże wszystkie… wszystkie części ciała.

Kto to napisał? Katarzyna Grochola. Babcine czy dziadkowe mądrości na dowolny temat to jeden z wielu sposobów na wplecenie w tekst czegoś, co chyba zawsze dobrze służy opowiadaniom i powieściom: taki komentarz zawarty w dialogu wyręcza narratora, który też może pozostawić sobie pole do napisania „czegoś mądrego”, ale już w formie mniej frywolnej. Choć w beletrystyce bardzo liczy się forma kwestii wypowiadanych przez poszczególne postacie, warto pamiętać o jeszcze jednym dialogu: dialogu autora z czytelnikiem. Zapis myśli tego pisarza temu przecież służy: rozmowie. Opowiadanie lub powieść jest tyle warta, ile refleksji i niewypowiedzianych głośno przemyśleń, emocji i wrażeń zrodzi u czytającego. Bądź takim pisarzem, którego proza skłania do myślenia i przeżywania, która stwarza po temu atmosferę i do tego zachęca, jeśli nie wręcz: zmusza.

Poprawianie błędów w tekstach – jak to robić?

Internetowe narzędzia bywają bezradne

Nie zdarzyło mi się jeszcze dostać od klienta tekstu całkowicie wolnego od błędów. Ale też, co może niektórych zdziwić, nie zdarzyło mi się też napisać od razu tekstu bezbłędnego. No może z wyjątkiem naprawdę krótkich, np. postów na LinkedIn. Wszyscy piszemy z błędami i wszyscy powinniśmy przed publikacją lub wysłaniem dokądś tekstu zadbać o jego sprawdzenie i poprawienie. Czy można to zrobić samodzielnie, usunąć we własnym zakresie wszystkie literówki, błędy pisowni i inne?

Nie.

Sprawdzanie i poprawianie błędów to zadanie dla korektora

Każdy może sprawdzić i poprawić swój tekst samodzielnie. Na pewno sprawi to, że błędów będzie w nim mniej. Z dwóch powodów jednak zawsze wtedy, gdy tekst jest ważny i powinien być całkowicie wolny od błędów, należy się zwrócić do korektora:

  1. Sami nie jesteśmy w stanie dostrzec wszystkich błędów pisowni we własnym tekście. Możemy niejeden błąd przeoczyć, po prostu go nie zauważyć – i tak się najprawdopodobniej stanie.
  2. Laik bardzo często nie wie, że błąd jest błędem: język polski jest naprawdę bardzo trudny.

Jak przeprowadzać sprawdzanie błędów pisowni na własną rękę

Nie, warsztatu korektora w tym miejscu nie zdradzę. Mogę jednak podpowiedzieć kilka sposobów, które zwiększają prawdopodobieństwo, że autor tekstu wykryje większość swoich błędów pisowni i pozostałych. Ta garść informacji pomoże Ci zadbać o „kondycję” tekstu w języku polskim i usunąć część błędów, zwłaszcza dotyczących pisowni. Zadbaj o swój tekst, bo odpowiedzialność za niego leży zawsze po Twojej stronie.

Pierwsza zasada: nie jeden raz, a kilka razy

Najłatwiej jest oczywiście sprawdzać tekst jeszcze na ekranie komputera. Nie ma tu żadnej filozofii: po prostu powoli, bardzo uważnie czytaj słowo po słowie i zdanie po zdaniu, szukając błędów pisowni. Być może edytor tekstu lub jakaś nakładka na przeglądarkę zaznaczy błędy na czerwono – poświęć im szczególną uwagę, ale zachowaj ostrożność, bo reguły ortograficzne i gramatyczne zapisane w bazach danych takich narzędzi nie zawsze są poprawne.

Jeżeli masz czas i cierpliwość, możesz spróbować weryfikacji polegającej na czytaniu… od tyłu. Słowo za słowem. To niezły sposób na literówki.

Sprawdź tekst, słuchając

Word czyta na głos
Parę kliknięć i Word czyta na głos

To też niezły sposób. Możesz albo sam czytać swój tekst na głos, albo powierzyć to zadanie dowolnemu programowi typu TTS (Text To Speech). Być może nie wiesz, że także MS Word może czytać głośno Twoje teksty. Jak go do tego zmusić? To proste: wystarczy otworzyć polecenie „Dostosuj pasek narzędzi. Szybki dostęp”, w oknie, które się pojawi, wybrać „więcej poleceń”, a następnie wybrać z listy „Czytaj”.

Sprawdź błędy pisowni na wydruku

Jeśli to możliwe, wydrukuj swój tekst i sprawdź go na wydruku. Z jakichś nieznanych mi powodów teksty na papierze czytamy uważniej niż na ekranie. Wydrukowany tekst różni się nieznacznie wyglądem od tego na monitorze, co sprzyja zauważeniu niektórych pomyłek. Wykryte błędy zaznaczaj, a następnie nanieś poprawki w pliku tekstowym.

Pozwól tekstowi „przespać noc”

Więcej błędów pisowni dostrzeżesz, gdy już do pewnego stopnia zapomnisz, co i jak napisałeś. Jeśli tylko masz dość czasu, odłóż swój materiał i wróć do niego następnego dnia albo jeszcze później. Zapewniam Cię, że dostrzeżesz więcej niż w dniu stworzenia danej treści. Literówki i błędy ortograficzne będą dla Ciebie lepiej widoczne, gdy nabierzesz nieco dystansu do swojego dzieła.

Daj komuś tekst do przeczytania

Żonie, mężowi, ojcu, matce, bratu, siostrze, szwagrowi, koledze z pracy – wszystko jedno. To nic, że nie są korektorami. Co dwie pary oczu, to nie jedna. Czasem daję moje teksty do przeczytania żonie i zdarza się, że wyłapie ona coś, co mnie samemu kompletnie umknęło. Na pewno jest to dobry sposób na niezauważone samodzielnie literówki. Taki nieprofesjonalny, rodzinny lub zaprzyjaźniony sprawdzacz pisowni może działać na zasadzie wzajemności: raz on Tobie, raz Ty jemu.

Sprawdzanie pisowni przez inną osobę ma dodatkową zaletę: możesz zapytać o wrażenia po lekturze, poprosić o recenzję, o wskazanie, co się w tekście podoba, a co nie. Spojrzenie z zewnątrz to nieoceniona pomoc. Powtarzam: najlepiej zrobi to redaktor lub korektor, ale każdy, kto sprawnie mówi i pisze w języku polskim, może Ci pomóc.

Korzystaj z dostępnych słowników

W razie jakichkolwiek wątpliwości korzystaj ze słowników, którymi dysponujesz. Pamiętaj też o słownikach dostępnych online, za darmo: jest w Internecie Słownik języka polskiego PWN, Wielki słownik ortograficzny PWN i Poradnia językowa. Znajdziesz też słowniki synonimów, w których możesz sprawdzić, jakimi słowami zastąpić te, które się niepotrzebnie powtarzają.

Sprawdzanie pisowni online – czy internetowe narzędzia dają radę?

Wielu internautów wierzy w to, że dostępne w Internecie narzędzia, które bez trudu znajdziesz w Google, pozwalają automatycznie i za darmo sprawdzić literówki, błędy ortograficzne, pisownię łączną i rozdzielną itp. Czy tak jest naprawdę? Każde takie narzędzie to tylko program: algorytm plus baza danych. Jego przydatność do korekty jest więc umiarkowana, a gdy chodzi o redakcję – praktycznie żadna. Zaletą takich narzędzi jest precyzja: algorytm nie przeoczy błędów, ale tylko tych, które zna. Jeśli chodzi o literówki, to taki komputerowy „ortograf” wyłapie tylko te, które powodują deformację słów, a więc powstanie czegoś, czego w języku polskim nie ma. Narzędzie taki, gdy podczas sprawdzania tekstu napotka błędy powodujące zastąpienie właściwego słowa niewłaściwym, okaże się bezradne:

Internetowe narzędzia bywają bezradne
No i klops, ani jeden błąd nie został wykryty.

Nie wierzysz? To powtórz mój eksperyment np. w serwisie ortograf.pl. Wpisz zdania z obrazka, kliknij przycisk „Sprawdź tekst” i zobacz, czy choć jeden błąd zostanie wykryty. Na obrazku widać zresztą, jak wypadło równoczesne sprawdzanie pisowni przez wtyczkę LanguageTool do przeglądarki Chrome (to ten niebieski znaczek w prawym dolnym rogu obrazka): ona też pozostawiła błędy nietknięte.

Uważaj na podpowiedzi podczas takiego sprawdzania pisowni

Niektóre zasady ortograficzne i interpunkcyjne, zawarte w algorytmach takich internetowych narzędzi mają się nijak do tego, co mówi ten czy inny słownik. Ortografii można takie programy lepiej lub gorzej nauczyć, ale już np. zasad stawiania przecinków – niekoniecznie. Skutek jest taki, że gdy chcesz usunąć błędy interpunkcyjne, a nie tylko literówki, narzędzie podpowiada Ci w niektórych miejscach, gdzie postawić kropkę, a gdzie przecinek. Online wygląda to na pozór dobrze, ale potem okazuje się, że taka „korekta” to poprawianie z lepszego na gorsze.

Żaden internetowy „ortograf” nie pokaże Ci też (komicznych niejednokrotnie) lapsusów językowych, które możesz popełnić. Bo błędy ortograficzne i literówki to jedno, ale zwyczajne głupstwa w tekstach to inna sprawa, czasami skutkująca niemałą kompromitacją autora. Mnie na przykład niedawno zdarzyło się sprawdzanie tekstu autorstwa pewnej pani architekt, która skrót PRL rozwinęła jako „Polska Republika Ludowa”, a o budowlach istniejących do 1945 roku w Breslau napisała, że stały one „we Wrocławiu podczas okupacji niemieckiej”. Każdy taki błąd sprawiłby, że mocno najadłaby się wstydu, gdyby nie oddała mi swego tekstu do redakcji i korekty.

Wyciągnij wnioski…

Żadne internetowe narzędzie nie zastąpi fachowej redakcji ani korekty tekstu. Korzystanie ze stron, które oferują darmowe sprawdzanie pisowni, należy traktować jedynie jako uzupełnienie innych działań. W każdym wypadku powinieneś sprawdzić tekst samodzielnie, starając się wyłapać każdy błąd.

Nie wahaj się często sięgać po słownik. Ortografia w języku polskim nie jest trudna, ale za to pełna pułapek. Wie o tym doskonale każdy, kto sprawdza teksty zawodowo. Sprawdzanie tekstu obejmuje zresztą nie tylko to, co można poprawić, sięgając po slownik ortografii (tak, wiem, ta literówka jest zamierzona). Błędów może być znacznie więcej.

Bo przecież język to nie tylko błędy pisowni, gramatyczne, stylistyczne czy literówki. Prawie na każdej stronie internetowej znajdziesz niejeden błąd dotyczący już nie formy, a treści. Szukając w Internecie informacji, prędzej czy później trafisz na błędy merytoryczne. Część takich błędów mogliby usuwać redaktorzy, gdyby przed publikacją na stronie każdy autor oddawał swoje teksty do korekty. Zapraszam Cię w tym miejscu do przeczytania tekstu Redaktor może więcej, ale czy z tego korzystasz?”.

Sprawdzanie tekstów jest tańsze, niż wielu się spodziewa

Stosunkowo często zdarza mi się słyszeć od klientów przysyłających mi teksty do korekty i proszących o wycenę „tylko tyle?”. Dość rozpowszechniony jest bowiem błąd myślenia, który polega na zakładaniu z góry „to jest za drogie, na to mnie nie stać”. Tymczasem błędów pisowni i wszelkich innych można się skutecznie pozbyć za niewygórowaną opłatą.

Oczywiście dość sporo trzeba zapłacić za redakcję i korektę długich tekstów, zawierających kilkaset tysięcy znaków. Tak jest w wypadku książek, ale to oczywista inwestycja w ramach procesu wydawniczego. Sprawdzenie błędów na stronie internetowej to mniejszy wydatek. Weryfikacja pisowni i innych elementów w tekście liczącym kilka do kilkunastu stron to już wydatek praktycznie na każdą kieszeń.

Nie wahaj się inwestować w swoje treści

Niechcący poruszam w tym miejscu dość istotny temat: w swoje treści trzeba inwestować, jeśli mają przynosić wymierne korzyści. Kto uważa, że jedyną inwestycją jest praca polegająca na zgromadzeniu materiału i napisaniu tekstu, popełnia błąd. Dzięki dobrze wykonanej redakcji i korekcie nie tylko usunięty zostanie każdy błąd pisowni, stylistyczny czy fleksyjny. Zapewne sam śmiejesz się lub robisz kwaśną minę, zauważając „byki” na czyjejś stronie internetowej. Jeżeli widzisz, że ktoś nie pamięta o poprawnej pisowni, zakładasz – i słusznie – że nie szanuje on zbytnio swoich czytelników. Błędna pisownia wyrazów obniża wiarygodność autora i wydawcy.

Dywiz, półpauza, pauza – czym się różnią?

Brak myśli

Kreski krótkie i długie
Łącznik jest najkrótszą kreską, półpauza średnią, a pauza najdłuższą

Jak zrobić długi myślnik

To niezbyt piękne językowo pytanie jest oczywiście ukłonem w stronę wiadomej wyszukiwarki, ale w tym miejscu wyjaśnię, jak pod Windows uzyskiwać każdy omawiany znak graficzny. Dywiz (łącznik) to nic innego jak kreseczka po prawej stronie zera na typowej klawiaturze. Nieco trudniej jest wstawiać pozostałe znaki. Zobacz:

Jak powstaje półpauza? Word pozwala ją uzyskać poprzez wciśnięcie klawiszy Ctrl oraz minusa na (włączonej) klawiaturze numerycznej. W WordPressie, Notatniku i innych programach, a także on-line trzeba (też przy włączonej klawiaturze numerycznej) wcisnąć (lewy) Alt oraz (na numerycznej) 0150.

Podobnie jest ze znakiem pauzy: w MS Word jest to kombinacja Ctrl + Alt + minus (na numerycznej) albo (lewy) Alt oraz 0151 (na numerycznej).

Jak stosować poszczególne znaki

Dywiz

Słowo to w dopełniaczu brzmi „dywizu”, nie „dywiza”.

Łącznik, jak sama nazwa wskazuje, służy do łączenia członów wyrazowych. Chodzi tu o:

  • słowa z przedrostkami anty-, arcy-, eks-, pseudo-, super- i ultra-, łączone z wyrazami pisanymi dużą literą, np. super-Amerykanin, pseudo-Niemiec czy ultra-Europejczyk;
  • złożone nazwy miejscowości, a także dzielnic: Bielsko-Biała, Kędzierzyn-Koźle, Wrocław-Fabryczna;
  • nazwiska złożone z dwóch wyrazów: Korwin-Mikke, Nowak-Jeziorański, Śledzińska-Katarasińska;
  • połączenia dwóch równorzędnych przymiotników, w tym kolorów: czerwono-czarny, (Instytut) Przemysłowo- Handlowy;
  • połączenia dwóch równorzędnych rzeczowników: murarz-tynkarz, zbrojarz-betoniarz itp. ;
  • połączenia z niby- i quasi-;
  • utarte wyrażenia typu raz-dwa, hokus-pokus itp.;
  • wyrażenia z dwoma przymiotnikami różniącymi się pierwszym członem: trzy- i siedmiokrotny, nisko- i wysokoobrotowe;
  • odmieniane skróty: ZUS-u, PKS-u, PiS-u;
  • zakresy liczbowe oznaczające wartość przybliżoną (10-20 tysięcy złotych);
  • zakresy czasowe i miejscowe, np. jesień-zima, Warszawa-Gdańsk;
  • znak przeniesienia wyrazu do następnego wiersza.

Pamiętaj: połączenia z użyciem dywizu nigdy nie zawierają spacji: 1979-1980, ale nie: 1979 – 1980. W tym drugim wypadku można użyć półpauzy (1979 – 1980).

Półpauza i pauza

Te dwa znaki omówię łącznie, ponieważ w gruncie rzeczy oznaczają to samo i mają takie same zastosowania. Nadrzędnym znakiem jest pauza. Półpauza wypiera ją jednak w druku, toteż prawdziwy myślnik spotykamy coraz rzadziej, a jeśli już, to przeważnie w dialogach:

— To nie do pomyślenia — stwierdził ojciec.

— A to dlaczego? — zdziwiła się Marzena.

Powszechną praktyką jest zastępowanie pauzy, czyli myślnika, półpauzą. Poprawia to estetykę tekstu.

Użycie myślnika i półpauzy:

  • przerwa w wypowiedzi, zawieszenie głosu oraz wtrącenia: Spotkanie odbędzie się – mocno w to wierzę – z pożytkiem dla obu stron. Po pierwsze – omówimy wszystkie sprawy. Po drugie – poszukamy porozumienia.
  • ogólne określenie czegoś wcześniej sprecyzowanego: Płocie i uklejki, okonie i leszcze, karpie i jesiotry – całe to towarzystwo pływa sobie gdzieś tu pod nami.
  • podobnie jak w dialogach, również krótkie cytaty można opatrywać wtrąceniami ujętymi w półpauzy lub pauzy, np. Jeśli dobrze się wwąchać – pisał Kapuściński – to wszędzie śmierdzi:
  • wyliczenia: tu myślnika można użyć w roli punktora;
  • oznaczenie początku i końca jakiejś trasy, np. Samolot pokonuje trasę Wrocław – Warszawa w 50 minut;
  • mecze i pojedynki sportowców: Śląsk – Legia, Banasiak – Jaworski;

podobnie jak w przypadku dywizu, myślnik i półpauza mogą być stosowane w zakresach liczbowych i datach. Ze spacją lub bez: Byłem tam jakieś dwa – trzy razy w latach 1990 – 2000. Poprawniejszy jest zapis bez spacji. 

Brak myśli

Co jeszcze warto wiedzieć o pauzie i półpauzie:

Po pierwsze – istotna jest konsekwencja. W przypadku, gdy piszemy tekst i użyjemy w nim pauzy, nie należy sięgać w nim po półpauzę i odwrotnie.

Jeżeli myślnik znajdzie się na granicy między wierszami, to należy go pozostawić na końcu. Postawienie go na początku następnego wiersza jest błędem.

W zasadzie myślnik jest zawsze otoczony spacjami. Wyjątek stanowią zakresy liczbowe, a także sytuacja, w której oddzielamy autora lub źródło od cytowanego tekstu. Tu myślnik wystąpi bez spacji – zobacz:

Szukaj swobody, a staniesz się niewolnikiem swoich pragnień. Szukaj dyscypliny, a znajdziesz wolność.

—Frank Herbert

Jeżeli w tekście przed myślnikiem ma wystąpić kropka, pytajnik, wielokropek albo wykrzyknik, to znaki te pozostawiamy:

— Patrz na ten znak graficzny! — Łącznik najwyraźniej nie wydał jej się właściwy w tym miejscu. — Baranie! Przecież tu powinna być pauza. Znak otoczony spacjami, a nie dywiz! Łącznik to jakieś twoje przekleństwo, ciągle go używasz!

— Nie ciągle, lecz często… — Mój głos wyrażał rezygnację. — Po prostu staram się dbać o tekst, a często potrzebny jest dywiz. Co ja zrobię, że tak go nie lubisz? Szukaj uważniej, a znajdziesz miejsca, w których myślnik jest zbędny.

Wielokropek – znaczenie i stosowanie w tekstach

Prawy Alt plus kropka dają wielokropek w MS Word

Wielokropek należy do tych znaków interpunkcyjnych, z którymi wielu piszących ma kłopoty. Choć to może dziwne, nie brak internautów, którzy wysyłają do Google zapytania „co oznaczają 3 kropki” i „co oznacza wielokropek”. Najwyraźniej szkoła pod tym względem zawodzi. Wyjaśnijmy zatem wszystko, co dotyczy wielokropka.

Co oznacza wielokropek

Odpowiedź na pytanie, co oznaczają trzy kropki, jest stosunkowo prosta: symbolizują one urwanie wypowiedzi lub przemilczenie jakiegoś jej fragmentu. Czasem oznacza wahanie, zatrzymanie wypowiedzi na chwilę. Może też wprowadzać nieoczekiwany wyraz, figlarną pointę, ironię lub element komizmu. Spójrz na przykłady:

Jak mogłaś tak długo… nie dawać znaku życia?

Tutaj mówiący zawahał się wyraźnie, być może szukał właściwych słów.

Boję się sto razy bardziej niż przed klasówką z chemii… Nie lubiłam chemii…

Te zdania można by zakończyć kropkami, ale z wielokropkiem na końcu są bardziej emocjonalne. Mówiąca te słowa osoba przypuszczalnie się wstydzi, stąd brak „twardej” kropki.

Jak cię dorwę, sukinsynu, to ci… Sam zobaczysz!

Tu wypowiedź została urwana. Najprawdopodobniej mówiący w ostatniej chwili powstrzymał się przed wyrażeniem groźby.

Długo grzebała w swej wielkiej torebce, by wreszcie wyjąć stamtąd… mały posążek Buddy. No, tego się raczej czytelnik nie spodziewał, a autor wyraża wielokropkiem swoje własne zdziwienie lub zaskoczenie.

Znaczenia wielokropka

W zasadzie wiesz już o wielokropku, co oznacza. 3 kropki mogą jednak występować również w nawiasie, najczęściej kwadratowym. Dzieje się tak, gdy cytujemy (przede wszystkim w publikacjach naukowych) jakiś fragment tekstu, ale coś z niego na początku lub końcu wycinamy.:

Teksty te „[…] były wyrazem zaniepokojenia poety losami kraju”.

Jak wstawiać wielokropek

Skąd taki śródtytuł i czemu się w ogóle tym zajmuję? Otóż wielu piszących nie wie, że choć omawiany znak interpunkcyjny składa się z trzech kropek, to w rzeczywistości jest jednym znakiem, a nie trzema. Owszem, kiedy piszę niniejszy tekst, muszę trzykrotnie uderzyć w klawisz kropki, bo edytor, którym się posługuję, wielokropka nie zna. Inaczej jest jednak np. w MS Word: jeśli używasz go (na komputerze z Windows), „trzykropek” uzyskasz, wciskając prawy Alt i kropkę. Wpisanie trzech kropek jest błędem!

Wielokropek w MS Word

Wielokropek w sąsiedztwie innych znaków interpunkcyjnych

Czasami wielokropek zbiega się z innym znakiem interpunkcyjnym. Jeżeli jest to kropka, przecinek lub średnik, to taki znak należy pominąć – zobacz:

Z tego krótkiego wypadu przywieźliśmy borowiki, kanie, podgrzybki, kurki… I wszystkie trafiły na patelnię.

Inaczej postępujemy, gdy sąsiadem wielokropka ma być wykrzyknik lub pytajnik, a także pauza – zobacz:

Ależ tu ciasno…! Nie ma się jak ruszyć…! Jak ja to wytrzymam…! – wołał starszy jegomość w sandałach.

Nie powiesz mi chyba, że…?

A co zrobicie, jeśli…?

Masz problemy z pisaniem? Chcesz, żeby Twoje teksty były lepsze?

Wielka i mała litera po wielokropku

No dobrze, ale jak należy pisać ciąg dalszy po wielokropku – zaczynać go dużą czy małą literą?

To zależy od roli wielokropka. Jeżeli wielokropek kończy zdanie, a następne słowa nie są jego kontynuacją, to dalszy tekst należy zacząć od wielkiej litery:

No niech cię… Aleś mi bałaganu narobiła! Jak ja to wszystko ogarnę?

Co innego, jeśli wielokropek nie kończy danego wypowiedzenia, a jedynie je przerywa:

Wiesz, to jest takie… jak by to powiedzieć… miałkie, w sumie beznadziejne.

Użycie wielokropka na początku zdania

To zdarza się przede wszystkim w dialogach książkowych. Ktoś urywa wypowiedź, kto inny ją kończy. Czasem ktoś komuś przerywa, a wtedy ów ciąg dalszy lub słowa wtrącającego się możemy przytoczyć, zaczynając od wielokropka:

– W tej sytuacji zdecydowałem, że…

– …Że wszystkich nas pan zwolni? – dokończyła księgowa.